Używany w dwudziestoleciu międzywojennym słynny podział na Polskę A i B w ciągu ostatnich kilku lat znowu wrócił do łask. Czy ten alfabetyczny klucz ma dziś sens? Z jednej strony łatwo jest obśmiać retorykę prawicowych i stwierdzić, że jest to bardziej ich urojenie i kolejny frazes odnoszący się do „Wielkiej Polski” tak ukochanej przez sieroty po Kaczyń… znaczy po Piłsudskim. Zapewne większa część społeczeństwa tak to widzi, natomiast na tym blogu raczej nie ma „większej części”. Każdy kto choć raz spojrzał na mapę okręgów wyborczych i widział jak rozkładają się głosy według klucza geograficznego wie doskonale, że podział ten istnieje i ma się dobrze.
Tradycyjnie na wschodzie kraju wygrywają opcje raczej prawicowe, konserwatywne, natomiast na zachodzie zazwyczaj prym wiodą partie lewicowe czy te bardziej promowane. Stąd zasadniczo można uprościć, że mieszkańcy lubuskiego bez kłopotu w odpowiednim momencie włączyli orwellowskie dwójmyślenie i przeskoczyli z SLD na PO, natomiast chłopi z lubelskiego bezrefleksyjnie znowu głosują na konserwatystów, faszystów i innych „ystów”.
Zapewne mógłbym długo tak rozmyślać jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy, ale to nie jest notka o polityce i historii to jest notka o mnie. Bo właściwie sam wychowałem się w dość specyficznym miejscu, gdzie starcia gigantów polityki są tak blisko mnie jak umierające dzieci w Sudanie, czy Tamilskie Tygrysy – czyli generalnie daleko. Tam skąd pochodzę zawsze wygrywa PSL, taki bastion mały (nawet takie rejestracje mamy!).
Generalnie gdybym dzisiaj miał 16 lat z całą pewnością nazwałbym się czerwonym, wojownikiem o prawa słabsz… chciałem napisać mniejszości, wielkim fanem robotników i tak dalej. W wieku 19 lat z całą pewnością podpisywałbym się powoli pod prawicę. Tylko, że tutaj pies jest pogrzebany bo to nie jest wszystko takie łatwe dzisiaj.
Z Jarosławem Kaczyńskim łączy mnie niechęć do postkomunistów i ogólnie do socjalistów. Chociaż dzisiaj kiedy WPDPMIJP (Wielki Przenajświętszy Drugi Po Marii i Jezusie Prezes) zdążył nazwać Oleksego „przedstawicielem socjaldemokracji średniego pokolenia” to nie jestem pewien czy przybiłbym sobie z nim piątkę. Z całą pewnością rząd Kaczyńskiego, mimo ekstremalnie trudnych warunków, był jednym z najskuteczniejszych w historii III RP (chociaż wtedy to chyba IV się nazywała). Jako jeden z niewielu (o ile nie jedyny) obniżył podatki – co się ceni, Polska notowała wysoki wzrost gospodarczy i budowała sobie rolę lidera w regionie – i tu oczywiście ktoś się może śmiać „jakiego lidera?” jednak wystarczy poczytać sobie wywiady z kilkoma politykami ze wschodu Europy żeby zrozumieć jak ważne dla nich było panowanie Lecha II Smoleńskiego. Dla nich jego polityka była zdecydowanie „In plus” (jak napisał mój wykładowca – jako ciekawostkę dodam, że lubi on też zwrot „Plagiat. Procedura egzaminacyjna została wstrzymana.”). Polska była jedynym poważnym sojusznikiem, podejmującej próby demokratyzacji, Ukrainy, kraje zachodu pozostawiały Kijów samemu sobie nie chcąc denerwować Moskwy. Ale chwila, właściwie to pomimo tych pięknych słów nie mogę nie przyznać racji tym, którzy krytykują naszego tragicznie zmarłego. Faktycznie Lech II Smoleński był nieudolny, a w dodatku jego polityka była trochę jak próba wciskania Pudziana w mój garnitur (wisiał by na nim). Abstrahując już zupełnie od ekskróla, z prawicą nie łączy mnie ani specjalne przywiązanie do tradycji, już zupełnie nie mówiąc o kościele, który jak dla mnie mógłby nawet nie istnieć momentami. A Jaras, tzn. WPDPMIJP strzela sobie dla mnie w stopę swoimi socjalnymi pierdołami i gadaniem o potrzebie protekcji państwowych przedsiębiorstw, jeży mi się włos jak czasami coś usłyszę o reprywatyzacji. Tylko, że jeśli nie PiS to co?
SLD to partia, z którą mam trochę wspólnego, jednak są to zazwyczaj sprawy dla mnie trzecio, czwartorzędne. No, ale skupmy się najpierw na miłych rzeczach. Na pewno jest to stosunek do mniejszości homoseksualnej, chociaż tutaj trzeba zaznaczyć wyraźną granicę co jeszcze tak a co już nie. Związek partnerski, ułatwiający życie w trudnych chwilach (spadki, szpitale) byłby zdecydowanie najlepszym wyjściem. Natomiast to dlaczego żyjący razem homoseksualiści mieliby otrzymywać ulgi podatkowe jest już dla mnie tajemnicą. Bo z tego co mi się wydaje, a raczej wydaje mi się dobrze, podstawowym celem tychże ulg jest zachęcanie ludzi do wydawania owoców swojego związku poprzez większą ilość pieniędzy w portfelu, które to świetnie można przeznaczyć na pieluchy i wózki, to zaś napędza gospodarkę - jej rozwój, a dodatkowa głowa więcej to w przyszłości podatnik, a już od najmłodszych lat konsument. Być może to nie Żydzi, ani Iluminaci, a przedstawiciele firm produkujących pieluchy i mleko w proszku rządzą światem? Wracając do wątku głównego ulgi nie, chociaż ktoś może spytać „co z adopcją?”. Nie chcę być niegrzeczny, ale z tego co mi wiadomo to dwóch mężczyzn w naturze raczej nie wejdzie w stan posiadania dziecka – a natury bracie, (i siostro – żeńska forma w nawiasie bo jestem patriarchalnym seksistą) natury nie oszukasz. JAK TU KLIKNIESZ TO MAŁA NIESPODZIANKA (KACZYŃSKI GADA O HOMOSEKSUALISTACH W POLSCE). Gdzie jeszcze muszę szukać nici porozumienia z ekipą Napieralskiego? Może aborcja i eutanazja, które w ogóle mnie nie bolą i powinny być wyjęte z szarej strefy. Nie jestem na pewno zwolennikiem skrobania, chociaż cudownie byłoby zobaczyć teleturniej „Gwiazdy skrobią na lodzie”, najpierw dobieranie w pary, później kilka tygodnie, albo nie, miesięcy (jak się bawić to na całego!) z kamerą w domu zapłodnionej. Wyobraźcie sobie to przez chwilę – Kinga Rusin chodzi po chacie pod okiem obiektywu i z rozmazanym makijażem narzeka na ciążę. Po jakimś czasie, kiedy wszyscy, prowadzący i uczestnicy, wyśmieją się na kanapie z zabawnych gagów jakie uwieczniła kamera podczas pobytu w domu, Kinga ze swoim partnerem, (tu koniecznie aktor serialowy) dajmy na to, Mroczkiem wchodzą w łyżwy, albo nie, ona jeździ na specjalnym fotelu, a on bierze odkurzacz i zaczyna dzieło. Na końcu jury ocenia jak się dane skrobanie podobało, czy na przykład flaczki z bardzo nie bryzgały, albo czy nie było zbyt brudno na lodzie. A tak zupełnie poważnie, fanem aborcji nie jestem, natomiast jeśli ktoś się na to decyduje to świadczy tylko i wyłącznie o nim i chyba lepiej żeby robił to w sposób cywilizowany (humanitarny – słowo klucz!) niż w obskurnej piwnicy, gdzieś w katakumbach średniowiecznych ruin. Do lewicy przyciąga mnie chyba najbardziej jednak sprawa narkotyków, które są takimi samymi środkami odurzającymi jak alkohol, a nie wiedzieć czemu są zakazane. Jaki jest skutek prohibicji każdy widzi, szesnastolatkowi nie mają problemu ze wskazaniem źródła, albo generalnie „kogoś kto łatwi”. Z lewicą jest jednak ten kłopot, że w Polsce póki co wciąż łączy się ona (w SLD) ze środowiskiem postkomunistycznym, czyli generalnie oprawcami (pisałem o tym ostatnio), w dodatku jest cała rzesza argumentów przeciwko. Zacznę od czegoś lekkiego jak parytety (jeden z najbardziej wkurwiających problemów na świecie, chociaż właściwie to nie jest problem realny tylko stworzony, skoro równy wiek emerytalny kobiet i mężczyzn już niemal udało się osiągnąć to muszą sobie feministki coś nowego wymyślić), tak naprawdę najbardziej w lewicy denerwuje mnie jednak ich podejście do gospodarki. Mnie naprawdę nikt nie musi „urabiać” przyznając mi 70% ulgę na przejazd pociągiem, bo jeśli nie musiałbym oddawać w podatkach pieniędzy na ciocię Halinę i jej sanatorium w Ciechocinku, czy na kosztowną terapię Mateuszka, który pewnie i tak umrze to miałbym te pieniądze na to żeby dopłacić sobie do tego biletu. Uwierzcie mi, gdybyśmy za fajki płacili 5zł, za benzynę 2, a za każdy produkt o prawie 1/4 mniej (23% VAT) to mielibyśmy tyle, że byśmy sobie mogli te bilety kupować zamiast papieru toaletowego. A problem jest taki, że dla mnie aborcja, eutanazja, związki partnerskie czy narkotyki nie są tematami stricte politycznymi, moralność zawsze można zostawić za drzwiami mieszkania, natomiast portfela nie da się kontrolować samemu.
No to PO? Swój głos w tej sprawie zabierałem już często. Platforma oszukała wszystkich, nie dotrzymała swojego programu sprzed kilku lat w żadnym punkcie, nie jest ani partią liberalną – o czym już zresztą przewodniczący Tomczykiewicz nam powiedział, ani partią ideową – o czym świadczy szeroka paleta posłów kojarzonych ze wszystkimi odcieniami politycznej tęczy. Z całą pewnością gdyby PO, obniżyło VAT, wprowadziło podatek liniowy, miało inną politykę zagraniczną niż bycie popychadłem i pionkiem dla Niemiec, USA i Rosji, prywatyzowało szpitale, czy budowało Orliki (pardon, moja pomyłka – Orliki PO wybudowała!). A więc w skrócie gdyby PO robiło to o czym kiedyś mówiło to bym na nich zagłosował.
Co z PSL? O PSL ciężko mi niestety cokolwiek powiedzieć, ale w końcu u mnie w mieście zawsze wygrywa!
Friday, February 25, 2011
Saturday, February 19, 2011
1952 - 1989
Polityki nie wyssałem może z mlekiem matki, natomiast oglądanie dzienników jest moim nawykiem już od małego do czego niewątpliwie przyczynił się mój nieżyjący już dziadek. Stąd silne flashbacki z dzieciństwa na: wojnę w Jugosławii, twarz Slobodana Milosevica, powódź z 97, skandal z Monicą Lewinsky, zachlany Jelcyn. Poważne zainteresowanie otaczającą mnie rzeczywistością – zwłaszcza polityką – rozpoczyna się jeszcze pod koniec podstawówki, kiedy to na swoim kalendarzu z Władcy Pierścieni (hehe) zaznaczałem sobie ważne daty w trakcie amerykańskiej interwencji w Iraku. W gimnazjum kupowałem sporadycznie różne tygodniki i miałem swoje pierwsze maratony z telewizją informacyjną (wtedy było to TVN 24 – serio!).
Z tym, że to nie jest do końca wpis o mnie, a raczej o pewnej ewolucji. Ewolucji moich poglądów, jako 16 latek byłem na tyle ukształtowany, iż w studiu telewizyjnym TVN mógłbym być świetnym głosem pokolenia chcącym oczyścić Polskę z „kaczyzmu” – takim małym symbolem, z jednej strony miałem pewien bagaż niezbędnej wiedzy z drugiej dość mocno wyrobione poglądy jak na swój wiek. Los chciał, że akurat byłem wtedy w totalnym błędzie. Nie mam tu na myśli tylko PO i stosunku do PiSu, tu jest coś więcej. Teraz będzie najstraszniejsza część notki, więc sympatyzujących ze mną czytelników proszę o wyrozumiałość, możecie sobie strzelić coś na uspokojenie jak macie. Mniej więcej do 18 wieku twierdziłem z całą stanowczością, że siłą i przyszłością jest lewica, a w moim domu nikt nigdy nie zagłosuje na prawicę.
Tak muszę się przyznać, że wierzyłem w te wszystkie bzdury. Krzyże przez jakiś czas poważnie przeszkadzały mi w życiu, byłem pierwszy w szeregu do rzucania kamieniami w skostniały kościół, w konserwatyzmie dostrzegałem źródło ludzkich nieszczęść, a Jarosław Kaczyński był dla mnie w jednej lidze ze skinami, którzy terroryzowali najsłuszniejsze pod słońcem marsze równości. Nie miałem żadnych wątpliwości (ani głębszych refleksji, niestety) przy sprawach takich jak eutanazja czy aborcja. Nikt nie musiał mi dwa razy powtarzać, że w pełni rozwiniętym nowoczesnym społeczeństwem będziemy dopiero, gdy uzyskamy pełną wolność, a pełna wolność oznaczała dla mnie wtedy dokładnie to wszystko, czym dzisiaj lewica kusi młodych ludzi. Natomiast najgorszą zbrodnią jaką popełniałem w wieku dużo bardziej młodzieńczym niż dziś nie była wiara w te "przyjazne otwartym" apokaliptyczne postulaty, które prędzej czy później pchną nas w otchłań autodestrukcji, totalnego zobojętnienia i mechanizacji, ale tłumaczenie członków aparatu PRL.
Wtedy byłem przekonany, że część z tych ludzi po prostu inaczej pojmowała „polską rację stanu”, że komunizm jest takim samym światopoglądem jak każdy inny, a oni po prostu próbowali odnaleźć się w tamtej rzeczywistości. Duża część z nich nie była dla mnie zresztą nawet czerwona, raczej usprawiedliwiałem ich, że nie mieli wyboru i chcieli dla swoich rodzin jak najlepiej. Dzisiaj wiem jak bardzo się myliłem. Większość z tych ludzi nie zasługuje na to by nazywać ich tym mianem. Przywiązanie do własnych zasad czy zwykły oportunizm nie może tłumaczyć zabijania, strzelania do bezbronnych, torturowania, utrzymywania społeczeństwa w nędzy, czy po prostu dawania cichego przyzwolenia na te okrucieństwa. Jeśli ktoś dzisiaj śmie twierdzić, że Jaruzelski był wielkim Polakiem, ba to już nie jest kwestia narodowości, był wielkim… Nie, inaczej. Jeśli ktoś śmie twierdzić, że Jaruzelski był człowiekiem to jest zwyczajnie niezrównoważony. W normalnym kraju ludzie tacy jak Kiszczak lub wspomniany Jaruzelski stanęli by przed trybunałem i zostali skazani na śmierć. Nieludzkie? A czy nieludzka była Norymberga? Nieludzkie jest to, że kilka lat po upadku komunizmu Polacy doznali masowej amnezji i wybrali aparatczyków systemu, który odebrał im prawo do mówienia i do normalnego życia na kilkadziesiąt lat, na kolejno premiera i prezydenta. Nieludzkie jest to, że ludzie, którzy powinni skończyć jak Rosenberg, Hans Frank, Mussolini, czy Ceausescu przeszli do nowego systemu, nazwali się socjaldemokratami i jak gdyby nigdy nic objęli z powrotem stery. Przekracza moje pojmowanie to jak prezydent Komorowski miał czelność zaprosić do siebie zbrodniarza przez, którego (pośrednio) był przetrzymywany, nawet nie on sam, tysiące innych – walczących o normalność. Jak to jest, że 30 kilka milionów ludzi zapomniało o tym, jak przez partyjny beton i karierowiczów żyli w warunkach, w których zwykła szynka była rarytasem. W połowie lat 90 Polacy pokazali, że widocznie oni (postkomuniści) lepiej znają się na gospodarce niż Balcerowicz i dali czerwonym zielone światło.
Kończąc myśl zastanawiam się jak długo jeszcze będę musiał w rocznice stanu wojennego patrzeć na wykresy i widzieć kilkadziesiąt procent przy opcji „Był nieunikniony/ Był potrzebny”, a przy pytaniach o Jaruzelskiego, że „Trudno powiedzieć, czy był zbrodniarzem”. Zresztą nie można całej winy zrzucać na tego pachołka Moskwy, bo problem jest szerszy, partię komunistyczną tworzyło dużo więcej osób. Część z nich miała później ciekawe kariery już w wolnej Polsce, część z nich posiada potomstwo, które teraz prężnie działa w strukturach SLD i jest z pewnością dumne ze swoich rodziców, za to, że współtworzyli państwo będące więzieniem dla ludzi, których dzieci teraz oddają na nich głos. Ciekaw jestem też ile pokoleń tak zobojętniałych na problem jak to moje będzie musiało minąć, żeby nagle stwierdzić, iż PRL w zasadzie może być oceniany pozytywnie.
Mamy wielkie pretensje do Rosjan, że nie radzą sobie ze swoją przeszłością, przy każdej okazji wytykamy im jak bardzo byli okrutni – Katyń, Wielki Głód, Wielki Terror. Niemcy wciąż w ogólnym wyobrażeniu są traktowani jak post-hitlerowcy, czego dowodem niech będzie uwaga jaką przywiązują polskie media (wszystkich opcji) do Eriki Steinbach. Współczujemy Białorusinom, Tybetańczykom i Chińczykom tymczasem sami nie potrafimy przeprosić się z sobą i zrozumieć swoich błędów. Młodzież w lwiej części przyjmuje postawy obojętne, twierdząc, że to już było, podając się za obywateli świata etc. Tymczasem nie można skutecznie budować jutra całkowicie odcinając się od przeszłości, specyfiki, czy tradycji, bo to determinuje kim jesteśmy i jakie mamy możliwości.
Z tym, że to nie jest do końca wpis o mnie, a raczej o pewnej ewolucji. Ewolucji moich poglądów, jako 16 latek byłem na tyle ukształtowany, iż w studiu telewizyjnym TVN mógłbym być świetnym głosem pokolenia chcącym oczyścić Polskę z „kaczyzmu” – takim małym symbolem, z jednej strony miałem pewien bagaż niezbędnej wiedzy z drugiej dość mocno wyrobione poglądy jak na swój wiek. Los chciał, że akurat byłem wtedy w totalnym błędzie. Nie mam tu na myśli tylko PO i stosunku do PiSu, tu jest coś więcej. Teraz będzie najstraszniejsza część notki, więc sympatyzujących ze mną czytelników proszę o wyrozumiałość, możecie sobie strzelić coś na uspokojenie jak macie. Mniej więcej do 18 wieku twierdziłem z całą stanowczością, że siłą i przyszłością jest lewica, a w moim domu nikt nigdy nie zagłosuje na prawicę.
Tak muszę się przyznać, że wierzyłem w te wszystkie bzdury. Krzyże przez jakiś czas poważnie przeszkadzały mi w życiu, byłem pierwszy w szeregu do rzucania kamieniami w skostniały kościół, w konserwatyzmie dostrzegałem źródło ludzkich nieszczęść, a Jarosław Kaczyński był dla mnie w jednej lidze ze skinami, którzy terroryzowali najsłuszniejsze pod słońcem marsze równości. Nie miałem żadnych wątpliwości (ani głębszych refleksji, niestety) przy sprawach takich jak eutanazja czy aborcja. Nikt nie musiał mi dwa razy powtarzać, że w pełni rozwiniętym nowoczesnym społeczeństwem będziemy dopiero, gdy uzyskamy pełną wolność, a pełna wolność oznaczała dla mnie wtedy dokładnie to wszystko, czym dzisiaj lewica kusi młodych ludzi. Natomiast najgorszą zbrodnią jaką popełniałem w wieku dużo bardziej młodzieńczym niż dziś nie była wiara w te "przyjazne otwartym" apokaliptyczne postulaty, które prędzej czy później pchną nas w otchłań autodestrukcji, totalnego zobojętnienia i mechanizacji, ale tłumaczenie członków aparatu PRL.
Wtedy byłem przekonany, że część z tych ludzi po prostu inaczej pojmowała „polską rację stanu”, że komunizm jest takim samym światopoglądem jak każdy inny, a oni po prostu próbowali odnaleźć się w tamtej rzeczywistości. Duża część z nich nie była dla mnie zresztą nawet czerwona, raczej usprawiedliwiałem ich, że nie mieli wyboru i chcieli dla swoich rodzin jak najlepiej. Dzisiaj wiem jak bardzo się myliłem. Większość z tych ludzi nie zasługuje na to by nazywać ich tym mianem. Przywiązanie do własnych zasad czy zwykły oportunizm nie może tłumaczyć zabijania, strzelania do bezbronnych, torturowania, utrzymywania społeczeństwa w nędzy, czy po prostu dawania cichego przyzwolenia na te okrucieństwa. Jeśli ktoś dzisiaj śmie twierdzić, że Jaruzelski był wielkim Polakiem, ba to już nie jest kwestia narodowości, był wielkim… Nie, inaczej. Jeśli ktoś śmie twierdzić, że Jaruzelski był człowiekiem to jest zwyczajnie niezrównoważony. W normalnym kraju ludzie tacy jak Kiszczak lub wspomniany Jaruzelski stanęli by przed trybunałem i zostali skazani na śmierć. Nieludzkie? A czy nieludzka była Norymberga? Nieludzkie jest to, że kilka lat po upadku komunizmu Polacy doznali masowej amnezji i wybrali aparatczyków systemu, który odebrał im prawo do mówienia i do normalnego życia na kilkadziesiąt lat, na kolejno premiera i prezydenta. Nieludzkie jest to, że ludzie, którzy powinni skończyć jak Rosenberg, Hans Frank, Mussolini, czy Ceausescu przeszli do nowego systemu, nazwali się socjaldemokratami i jak gdyby nigdy nic objęli z powrotem stery. Przekracza moje pojmowanie to jak prezydent Komorowski miał czelność zaprosić do siebie zbrodniarza przez, którego (pośrednio) był przetrzymywany, nawet nie on sam, tysiące innych – walczących o normalność. Jak to jest, że 30 kilka milionów ludzi zapomniało o tym, jak przez partyjny beton i karierowiczów żyli w warunkach, w których zwykła szynka była rarytasem. W połowie lat 90 Polacy pokazali, że widocznie oni (postkomuniści) lepiej znają się na gospodarce niż Balcerowicz i dali czerwonym zielone światło.
Kończąc myśl zastanawiam się jak długo jeszcze będę musiał w rocznice stanu wojennego patrzeć na wykresy i widzieć kilkadziesiąt procent przy opcji „Był nieunikniony/ Był potrzebny”, a przy pytaniach o Jaruzelskiego, że „Trudno powiedzieć, czy był zbrodniarzem”. Zresztą nie można całej winy zrzucać na tego pachołka Moskwy, bo problem jest szerszy, partię komunistyczną tworzyło dużo więcej osób. Część z nich miała później ciekawe kariery już w wolnej Polsce, część z nich posiada potomstwo, które teraz prężnie działa w strukturach SLD i jest z pewnością dumne ze swoich rodziców, za to, że współtworzyli państwo będące więzieniem dla ludzi, których dzieci teraz oddają na nich głos. Ciekaw jestem też ile pokoleń tak zobojętniałych na problem jak to moje będzie musiało minąć, żeby nagle stwierdzić, iż PRL w zasadzie może być oceniany pozytywnie.
Mamy wielkie pretensje do Rosjan, że nie radzą sobie ze swoją przeszłością, przy każdej okazji wytykamy im jak bardzo byli okrutni – Katyń, Wielki Głód, Wielki Terror. Niemcy wciąż w ogólnym wyobrażeniu są traktowani jak post-hitlerowcy, czego dowodem niech będzie uwaga jaką przywiązują polskie media (wszystkich opcji) do Eriki Steinbach. Współczujemy Białorusinom, Tybetańczykom i Chińczykom tymczasem sami nie potrafimy przeprosić się z sobą i zrozumieć swoich błędów. Młodzież w lwiej części przyjmuje postawy obojętne, twierdząc, że to już było, podając się za obywateli świata etc. Tymczasem nie można skutecznie budować jutra całkowicie odcinając się od przeszłości, specyfiki, czy tradycji, bo to determinuje kim jesteśmy i jakie mamy możliwości.
Wednesday, February 16, 2011
P(P)JN - Polska (Polityka) Jest Niepoważna
Kilka miesięcy temu usłyszałem teorię jakoby PJN miało być genialnym planem Jarosława Kaczyńskiego. W skrócie wygląda to tak: na wybory prezdyenckie szef PiSu skusił się na przyjęcie broni Platformy, czyli uśmiechów i obietnic. Oczywiście każdy kto potrafi wytężyć umysł i ma jakąś pamięć przypomni sobie zaraz o niepocieszeniu sztabowców PO, którym wytrącono z ręki jedyną broń, czyli straszenie Kaczorami, bo nie dość, że tutaj Kaczka została jedna to jeszcze przestała mówić „językiem nienawiści” (niesamowite pustosłowie w ustach platformersów). Wybory się skończyły, Jarek przegrał, ale miał podobno pomyśleć „To było dobre!”, wiedział jednak również, że nie do końca szczere, stąd według niektórych miał on stworzyć diaboliczny plan. Z początku pokazał głębokie zdystansowanie od metod tych kilku pań, potem wyrzucił je i kazać założyć im partię polityczną będącą małym PiSem mówiącym językiem Platformy. Sprzyjające dla ugrupowania Polska Jest Najważniejsza okazały się ostatnie wydarzenia. PO wyraźnie traci wsparcie mainstreamowych mediów, coraz częściej i coraz ostrzej jest przez nie krytykowana. Prezydent znajduje (oprócz wąsów na każdy dzień) punkty, w których nie zgadza się z premierem, chociaż dla mnie akurat wygląda to na teatrzyk straszny, zresztą słowo prezydent do Bronisława Komorowskiego pasuje równie dobrze jak do mojego psa (z całym szacunkiem dla Kajka), no ale "jaki prezydent taka różnica zdań". PO wyraźnie traci, wszyscy są głęboko niepocieszeni postępowaniem rządu w kwestii OFE czy podatków. Okazuje się również, że krytykami poczynań Tuska są nie tylko „oszołomy” spod znaku Janusza Korwina-Mikke, ale też autorytety i osoby obdarzane wielką estymą w społeczeństwie takie jak Leszek Balcerowicz. Finał może być taki, iż PJN faktycznie odbierze kilka % PO, następne kilka % może odebrać SLD, mam tu na myśli zwłaszcza ludzi młodych, którzy zauważą, że rządy platformy to wielka farsa, a przez kilka lat panowania Tuska nie doszło ani do liberalnych zmian gospodarczych, ani do głębokich przemian obyczajowych - na co zresztą nie ma co liczyć nawet jeśli do władzy dojdą postkomuniści. Nie oszukujmy się Napieralskiemu bliżej niż do Zapatero jest do Leppera – w zmodyfikowanej wersji, zamiast gadania o rozprzedawaniu majątku narodowego jest o parytetach i innych bzdurach, które rzekomo mają być miarą rozwoju XXI wiecznego społeczeństwa, chociaż obecność Palikota z jego „darmową antykoncepcją” dodaje Grzegorzowi minimum powagi. Wracając - PiS natomiast spokojnie będzie sobie siedział na swojej grządce krytykując rząd i przy odrobinie szczęścia uda mu się zdobyć trochę ponad 30% co dodawszy do np. 6-7% wyniku PJN daje podstawy do stworzenia koalicji.
Problem leży tutaj, że Jarosław Kaczyński genialnym strategiem raczej nie jest i szczerze wątpię w to by tak zbudowana intryga pojawiła mu się kiedykolwiek w głowie (podobnie jak niektórzy twierdzili, że koalicja z LPRem i Samoobroną była specjalnym zabiegiem - by skompromitowany Lepper został wyrzucony na zawsze poza burtę sejmu). Nie wydaję mi się również żeby PJN zdobył więcej niż 2-3%. Natomiast jestem głęboko rozradowany spadającymi notowaniami ekipy rządzącej, o SLD się nie martwię - znowu dostanie koło 12-13% i wszyscy powiedzą, że to wielki sukces, jak dostanie więcej niż 15 to napiszę własną krwią, że się myliłem, zeskanuję to i wrzucę jako grafikę główną na moim blogu.
Problem leży tutaj, że Jarosław Kaczyński genialnym strategiem raczej nie jest i szczerze wątpię w to by tak zbudowana intryga pojawiła mu się kiedykolwiek w głowie (podobnie jak niektórzy twierdzili, że koalicja z LPRem i Samoobroną była specjalnym zabiegiem - by skompromitowany Lepper został wyrzucony na zawsze poza burtę sejmu). Nie wydaję mi się również żeby PJN zdobył więcej niż 2-3%. Natomiast jestem głęboko rozradowany spadającymi notowaniami ekipy rządzącej, o SLD się nie martwię - znowu dostanie koło 12-13% i wszyscy powiedzą, że to wielki sukces, jak dostanie więcej niż 15 to napiszę własną krwią, że się myliłem, zeskanuję to i wrzucę jako grafikę główną na moim blogu.
Tuesday, January 25, 2011
Za długo to we mnie siedziało, czas opowiedzieć całemu światu.
Przepraszam wszystkich, którzy oczekiwali mojej notki.
„’Od tego zależeć będzie przyszłość planety na tej ziemi’ – z przedmowy Tadeusza Niwińskiego, Polaka, który mieszka w Kanadzie i napisał trzy książki ‘Ja’ potem drugą książkę ‘Ty’, trzecią książkę ‘My’. Aha, przepraszam, czwartą jeszcze napisał pod tytułem ‘Wy’. Jest to, eee, są to bardzo dobre pozycje na rynku też je polecam, ponieważ nigdy wiedzy nam takiej nie jest za mało. Ja chciałam jeszcze wrócić do kwestii, tej, o której zaczęłam mówić, że dzieci w przedszkolu się bawią, potem idą do szkoły i też się bawią, a potem już tylko nie bawią się, a można powiedzieć, że chuliganią. Dlatego, że u nas w Polsce nastąpiło takie jakby przekłamanie, któremu… To przekłamanie spowodowało, że sytuacja… To przekłamanie jest winne sytuacji, która się wytworzyła, mianowicie na świecie powiedziane jest, że mamy dzieci, mają. My mamy uczyć dzieci bawiąc, żeby te dzieci bawiąc się uczyły. A natomiast u nas zrobiono z tego dwie rzeczy: dzieci się bawią i się uczą. Miało być bawiąc się uczą. Uczą się bawiąc. A u nas bawiąc się uczą. A więc jeśli mają się uczyć przez zabawę, czyli nauka przez zabawę, a u nas mają się bawić dla nauki, ot do góry nogami jest wszystko postawione na głowie. I dzieci się bawią, a się nie uczą, a się uczą osobno. A to ma być nauka przez zabawę i ludzie, którzy są geniuszami oni całe życie się bawią – wykonując dany zawód. Ta praca jest dla nich zabawą, jest czymś wspaniałym, lekkim, fantastycznym. Ponieważ oni pracując bawią się i dzieci mają ucząc się bawić się, a nie bawiąc się uczyć i w szkołach dzieci bawią się ucząc. No to, to jest do niczego, no bo nie da się bawić, robić po prostu żartów i się uczyć. Natomiast można się uczyć przez zabawę, bo każdego rodzaju doświadczenie fizyczne, czy chemiczne, czy czytanie lektur to jest rozkosz, to jest świetna zabawa, ale trzeba się... Gdyby panowie na przykład podchodzili poważnie to by przez prowadzenie się bawili, a nie chcieli się bawić obok prowadzenia, prawda? A więc to jest bawię się… Prowadzę coś i bawię się, uczę się i to mnie bawi. Czytam i to jest dla mnie zabawne, gotuję obiad i uczę się nowych sposobów gotowania, czyli… I to mnie cieszy, a więc… Czyli radość ma być jako efekt danej czynności a nie radość a potem czynność. No to wtedy jest śmiechu warte i wszystko z rąk leci, a prace wykonane są… na opak wykonane. Moi drodzy państwo zbliżamy się nieuchronnie do końca naszego programu dzisiaj, spotkam się z państwem za tydzień jak zwykle o godzinie 11. A tymczasem chociaż jedno zdanie z książeczki Caroline. O! ‘Teraz tworzysz zaufanie, gdy popatrzysz na swoje śpiące dziecko zrozumiesz, że robisz coś pozytywnego. Dzięki temu ty będziesz mogła czuć się lepiej.’ Chodzi o to, że dziecko powinno przed zaśnięciem, jeśli nie ma mamy obok siebie, to mieć nagrany głos mamy, która mówi ‘kocham cię’, ‘śpij dobrze’, ‘życzę ci kolorowych snów’, ‘życzę ci piątek w szkole’, ‘nie mogę dzisiaj być z tobą, ale jestem z tobą myślą’. Wystarczy nagrać na kasecie i puścić przed snem ten głos mamy dziecku. A dziecko nie mając fizycznie mamy, bo mama czasami nawet gdyby była fizycznie, może być zmęczona. Dziecko nie mając fizycznie mamy koło siebie może usłyszeć jej dobre życzenia. Jest to substytut, jest to zastąpienie obecności fizycznej. Tak samo ojciec może nagrać ‘synu bardzo cię kocham’, czy ‘córeczko’ i ‘życzę ci dobrych snów’ opowiedzieć bajkę dziecku. I gdy puścimy z kasety takie nagranie dziecku, dziecko nie będzie miało komfortu opuszczenia, nie będzie potem kaprysiło, nie będzie się domagało, że mama ma być koło nas. Moi drodzy państwo, do usłyszenia, do zobaczenia za tydzień, a tymczasem…”
BAWIĄCSIĘPROSACUCZĘUCZĄCSIĘBAWIĘMETADONCAROLINEKOKAINAKOMFORTOPUSZCZENIA
ALL GLORY TO THE CHRISTIN
„’Od tego zależeć będzie przyszłość planety na tej ziemi’ – z przedmowy Tadeusza Niwińskiego, Polaka, który mieszka w Kanadzie i napisał trzy książki ‘Ja’ potem drugą książkę ‘Ty’, trzecią książkę ‘My’. Aha, przepraszam, czwartą jeszcze napisał pod tytułem ‘Wy’. Jest to, eee, są to bardzo dobre pozycje na rynku też je polecam, ponieważ nigdy wiedzy nam takiej nie jest za mało. Ja chciałam jeszcze wrócić do kwestii, tej, o której zaczęłam mówić, że dzieci w przedszkolu się bawią, potem idą do szkoły i też się bawią, a potem już tylko nie bawią się, a można powiedzieć, że chuliganią. Dlatego, że u nas w Polsce nastąpiło takie jakby przekłamanie, któremu… To przekłamanie spowodowało, że sytuacja… To przekłamanie jest winne sytuacji, która się wytworzyła, mianowicie na świecie powiedziane jest, że mamy dzieci, mają. My mamy uczyć dzieci bawiąc, żeby te dzieci bawiąc się uczyły. A natomiast u nas zrobiono z tego dwie rzeczy: dzieci się bawią i się uczą. Miało być bawiąc się uczą. Uczą się bawiąc. A u nas bawiąc się uczą. A więc jeśli mają się uczyć przez zabawę, czyli nauka przez zabawę, a u nas mają się bawić dla nauki, ot do góry nogami jest wszystko postawione na głowie. I dzieci się bawią, a się nie uczą, a się uczą osobno. A to ma być nauka przez zabawę i ludzie, którzy są geniuszami oni całe życie się bawią – wykonując dany zawód. Ta praca jest dla nich zabawą, jest czymś wspaniałym, lekkim, fantastycznym. Ponieważ oni pracując bawią się i dzieci mają ucząc się bawić się, a nie bawiąc się uczyć i w szkołach dzieci bawią się ucząc. No to, to jest do niczego, no bo nie da się bawić, robić po prostu żartów i się uczyć. Natomiast można się uczyć przez zabawę, bo każdego rodzaju doświadczenie fizyczne, czy chemiczne, czy czytanie lektur to jest rozkosz, to jest świetna zabawa, ale trzeba się... Gdyby panowie na przykład podchodzili poważnie to by przez prowadzenie się bawili, a nie chcieli się bawić obok prowadzenia, prawda? A więc to jest bawię się… Prowadzę coś i bawię się, uczę się i to mnie bawi. Czytam i to jest dla mnie zabawne, gotuję obiad i uczę się nowych sposobów gotowania, czyli… I to mnie cieszy, a więc… Czyli radość ma być jako efekt danej czynności a nie radość a potem czynność. No to wtedy jest śmiechu warte i wszystko z rąk leci, a prace wykonane są… na opak wykonane. Moi drodzy państwo zbliżamy się nieuchronnie do końca naszego programu dzisiaj, spotkam się z państwem za tydzień jak zwykle o godzinie 11. A tymczasem chociaż jedno zdanie z książeczki Caroline. O! ‘Teraz tworzysz zaufanie, gdy popatrzysz na swoje śpiące dziecko zrozumiesz, że robisz coś pozytywnego. Dzięki temu ty będziesz mogła czuć się lepiej.’ Chodzi o to, że dziecko powinno przed zaśnięciem, jeśli nie ma mamy obok siebie, to mieć nagrany głos mamy, która mówi ‘kocham cię’, ‘śpij dobrze’, ‘życzę ci kolorowych snów’, ‘życzę ci piątek w szkole’, ‘nie mogę dzisiaj być z tobą, ale jestem z tobą myślą’. Wystarczy nagrać na kasecie i puścić przed snem ten głos mamy dziecku. A dziecko nie mając fizycznie mamy, bo mama czasami nawet gdyby była fizycznie, może być zmęczona. Dziecko nie mając fizycznie mamy koło siebie może usłyszeć jej dobre życzenia. Jest to substytut, jest to zastąpienie obecności fizycznej. Tak samo ojciec może nagrać ‘synu bardzo cię kocham’, czy ‘córeczko’ i ‘życzę ci dobrych snów’ opowiedzieć bajkę dziecku. I gdy puścimy z kasety takie nagranie dziecku, dziecko nie będzie miało komfortu opuszczenia, nie będzie potem kaprysiło, nie będzie się domagało, że mama ma być koło nas. Moi drodzy państwo, do usłyszenia, do zobaczenia za tydzień, a tymczasem…”
BAWIĄCSIĘPROSACUCZĘUCZĄCSIĘBAWIĘMETADONCAROLINEKOKAINAKOMFORTOPUSZCZENIA
ALL GLORY TO THE CHRISTIN
Friday, December 31, 2010
Soundtrack 2010
Kolejny rok, sesje, szkoły i prace. w 2011 proponuję rzucić wszystko. Bez zbędnych ceregieli przechodzimy do dwóch płytek podsumowujących mijający rok, którego finisz był niesamowicie zajebisty.
CD 1
1. Slowdive – When the Sun Hits
2. Lily Allen – Not Fair
3. Delphic – Doubt
4. The Smiths – There Is A Light That Never Goes Out
5. Cut Copy – Hearts On Fire
6. Animal Collective – Graze
7. Primal Scream – Loaded
8. Happy Mondays – God’s Cop
9. Afro Kolektyw – Gramy Dalej
CD 2
1. Afro Kolektyw – Mężczyźni Są Odrażająco Brudni i Źli
2. Myslovitz – Chłopcy
3. Toro Y Moi – Blessa
4. The Horrors – Who Can Say
5. Blur – Fool’s Day
6. Tymon & Transistors – Mówisz Mi
7. Lady Pank – Kryzysowa Narzeczona
8. Koloron – Bomba Atomowa
9. Blur – Girls and Boys
Wszystkie piosenki są do posłuchania na drugiej po moim blogu naczelnej stronie dla pokolenia Web 2.0 - na YouTube.com
Wednesday, December 8, 2010
Rok w zwierciadle sieka90.blogspot.com
Zostało nam jeszcze 16 dni do świąt, a niedługo potem przyjdzie nam witać rok 2011, który tradycyjnie zaczniemy z nadziejami by zakończyć jak zwykle. Grudzień i początek stycznia to również czas podsumowań końcowo rocznych, chociaż nie wszędzie bo np. w takiej szkole czy sezonie piłkarskim przełom roku to dopiero połowa zabawy. Jak rzeczy zostaną w naszych/ w mojej głowie zdecydowanie na dłużej?
4 stycznia premierę ma debiutancki album Toro Y Moi, Causers of This. Nie chce mi się rozwodzić na temat tej płytki, ale powiem tylko tak: Szkoda, że Chaz Bandick musiał tak szybko wyjaśnić i ustawić poprzeczkę na tyle wysoko, żeby już nikomu innemu nie udało się jej choćby dotknąć. Bez wątpienia najważniejszy debiut/album/artysta ostatnich dwunastu miesięcy.
27 stycznia Avatar stał się najbardziej dochodowym filmem w historii kina, czy zasłużenie? Ponieważ „generalnie filmy są średnie” to osobiście nie pofatygowałem się ani na seans, ani do wypożyczalni DVD, ani do sklepu internetowego rapidshare. Natomiast słyszałem opinię, które mnie zniechęcały od znajomych, którym ufam w kwestiach dobrego smaku. Bo widzicie dla mnie film jeśli ma fajną treść to może być nawet czarnobiały nagrany w pustym pokoju (ej no Clerks). Natomiast jeśli mamy do czynienia z typową super produkcją, której zakończenie znamy po pierwszych 10 minutach film to nawet świat 3D opracowywany przez najznamienitszych naukowców NASA nie jest w stanie pomóc. Sami rozumiecie „co to jest pusty talerz z niczym?”.
16 marca kończę ostatecznie z dzieciństwem. Było zajebiście, ale dwójka z przodu zobowiązuje.
27 marca zakończyły się wybory w PO, w których Bronisław Komorowski pokonał Radosława Sikorskiego. To pierwsza próba przeszczepienia na rodzimy grunt amerykańskiego zwyczaju wyłaniania kandydatów na prezydenta poszczególnych partii w wyniku wewnętrznych wyborów. Czy skutecznie skupiła uwagę wyborców? Myślę, że trudno oceniać tę metodę przez pryzmat tego co stało się niedługo później. Natomiast trochę szkoda, że w PO nie wygrał „człowiek z PiSu”.
10 kwietnia pod Smoleńskiem rozbił się samolot na pokładzie, którego leciało 96 ważnych polityków i wojskowych, w tym para prezydencka. W wyniku, katastrofy PiS pokazał ludzką twarz, a PO wytrącono argument, który polegał na podkładaniu Kaczyńskiemu nóg, gdy ten nerwowo nimi przebierał. Rozpoczęła się najdziwniejsza kampania prezydencka w III RP.
Połowa kwietnia 2010 roku to zapomniany czas, kiedy nad nami krążyła fantom chmura z islandzkiego wulkanu. Sparaliżowała ruch na 1,5 tygodnia, nikomu krzywdy nie zrobiła, dzisiaj już nikt o niej nie pamięta. Historia pełna zwrotów akcji, niestety bez zakończenia, trochę jak Wielki Zderzacz Hadronów.
15 maja mistrzem Polski w piłce nożnej został Lech Poznań, czyli najlepiej zarządzana drużyna w Polsce, jedyna z jakąkolwiek polityką transferową, jedyna, która zarabia sama na siebie. Jedyna, która potrafi pyknąć trzy rameczki ekipie z Włochy czy Anglii. 15 maja, po 17 latach przerwy tytuł mistrza wrócił do jedynego miasta, w którym na stadion może iść zarówno magister jak i chłopak spod kamienicy. Do miasta, gdzie niezależnie od tego czy miejscowa drużyna gra w drugiej lidze czy w pierwszej frekwencja zawsze liczona jest w kilkunastu tysiącach, a po modernizacji stadionu wygląda na to, że będzie trzeba zwiększyć pułap do kilkudziesięciu tysięcy. Jednym zdaniem, po 17 latach tytuł mistrza Polski wrócił w dobre miejsce.
22 maja prowadzona przez Jose Mourinho drużyna Interu Mediolan zdobyła Puchar Mistrzów Europy. Tym samym portugalski trener stał się wielkim fenomenem, w ciągu 7 lat przygody jako menedżer piłkarski wygrał: 6 mistrzostw krajowych (po dwa w Portugalii, Anglii i we Włoszech), 3 puchary krajowe (po jednym w każdym z krajów), 4 Superpuchary krajowe (2 w Portugalii, jeden w Anglii, jeden we Włoszech), 2 Puchary Ligii (trofeum występujące w Anglii), do tego jeden pucharu UEFA i dwa Puchary Mistrzów. W sumie w ciągu 7 lat zdobył 18 różnych tytułów. Pracował w tym czasie z Porto, Chelsea i Interem. Obecnie zatrudniony w Realu.
20 Czerwca zakończyła się pierwsza tura wyborów samorządowych o czym w dużej części już pisałem, tak więc w telegraficznym skrócie, świetny czwarty wynik JKM, który wyprzedził nawet Waldemara „uwaga jestem zawsze i wszędzie” Pawlaka, przesadzone gadanie o jakimś dobrym wyniku SLD tym bardziej, że wynik był taki sam jak zwykle. Druga tura dla męża wieloryba i konkubina kota.
29 czerwca w Grecji rozpoczyna się strajk generalny, ten dzień być może kiedyś w podręcznikach do historii będzie opisywany jako przepiękny dzień początku końca Unii Europejskiej. Grecja jest zmuszona brać pożyczkę by ratować się przed bankructwem. Upadek rozwiniętej gospodarki socjalnej niestety nikomu nie otworzył oczu, potomkowie starożytnych wychodzą na ulice. W zamieszkach umierają ludzie, budynki zajmują się ogniem, a sami zainteresowani wychodzą z transparentami „Wolimy umierać niż pracować”. I niech ktoś powie, że zaplecze socjalne nie rozleniwia ludzi… Następni w kolejce to Portugalia, Hiszpania, Irlandia, Włochy i… Polska, jeżeli rząd Tuska nie zajmie się wkrótce czymś innym niż straszeniem Babą Jagą, której na imię Jarek.
4 lipca prezydentem Polski został zaściankowy Sarmata, który urodził się i ojciec matce wiśnie przyniósł z drzewa (jak głosił spot). Prezydent wszystkich i nikogo. „Gdy pytają kim jestem, odpowiadam tym kim chcecie żebym był”, mimo najszczerszych chęci Bronisław nie potrafi zostać moim prezydentem i przywrócić mi utraconej wiary w słuszność demokracji.
11 lipca kończy się Mundial w RPA. Fajnie, że daleko doszedł kopciuszek, szkoda, że to Urugwaj a nie Ghana. Super, że wygrała drużyna, która nie zdobyła tego trofeum nigdy wcześniej, ale dlaczego musiała to być Hiszpania a nie Holandia. Bombowo, że przez miesiąc mogłem za free oglądać sobie mecze w Internecie, ale dlaczego pieprzony Iniesta znowu wszystko musiał zepsuć i dać mi kolejny powód (Chelsea 1-1 Barcelona, pamiętacie?) bym go musiał szczerze nienawidzić. Wielkiej piłce mówimy „Do zobaczenia”, przynajmniej na dwa lata, widzimy się u nas.
1 sierpnia wróciłem po miesięcznym arbeicie w Reichu. Z saksów jestem zadowolony, chociaż fiordy mi z ręki nie jadły.
6-8 sierpnia to pierwsza edycja Off Festivalu w nowym mieście - Katowicach. Chyba najbardziej udana ze wszystkich dotychczasowych, a na bank miała najlepszy Line-up (Toro Y Moi, Dinosaur Jr. A Place To Bury Strangers, The Fall, Lenny Valentino, The Horrors, Something Like Elvis, Muchy, Falming Lips). Toro Y Moi pokazał, że jest zajebisty, Kim Nowak, że jest chujowy, a PKP, że jest niewygodne.
7 sierpnia, pierwszy raz, któryś moich znajomych wziął ślub. „Wielkie nieba”, a jednak jakiś mały przełom. Dziękuję parze młodej za zaproszenie, panu młodemu radzę by nie spierdolił sprawy, panią młodą przepraszam za to co stało się dzień później [buty].
1 września drugi rok z rzędu mogłem odetchnąć z ulgą i nie wstawać na rozpoczęcie szkoły, niech żyją studia.
19 października wojna polsko-polska wchodzi na nowy etap, najpierw bito ludzi pod krzyżem, później strzelano do ludzi w biurach poselskich. Mimo wszystko szkoda, że kule nie dosięgły posła Niesiołowskiego. A zupełnie poważnie to obszerniej pisałem o tym dwie notki wcześniej. Warto zapamiętać tę datę.
5 listopada PiS strzela sobie w stopę i traci swoją piękniejszą twarz/maskę. Szkoda bo samo PJN bez żadnych struktur i bez pieniędzy nie będzie w stanie wejść do sejmu w przyszłorocznych wyborach, ale mimo wszystko mam nadzieję, że się mylę.
14 listopada kończy się najobszerniejsze podsumowanie muzyczne dekady w Internecie na Porcys.com, generalnie zawodzi chociaż warto poczytać. Płytą dekady jest podobno Moon & Antarctica, najgorsze jest to, że dobre żarty mieszają się tam często z naprawdę dobrymi typami.
23 listopada Korea Północna ostrzelała wysepkę należącą do Południowej. Wojna wisi na włosku, czyżby moje pokolenie miało szansę zobaczyć pierwszy w historii konflikt nuklearny? Europejczycy wygodnie rozsiadają się w fotelach biorą pop corn i czekają co dalej, a dalej póki co nie ma nic. Znając temperament przywódców z Pyongyangu to zabawa się może skończyć jak dostaną prowiant albo błyskotki. Zachód odsapnie i będzie mógł odłożyć w czasie przyjęcie milionów ludzi bez kwalifikacji, bez podstawowej wiedzy i bez doświadczenia w krąg swojej cywylizacji..
28 listopada Wikileaks zawstydza wszystkich największych agentów międzynarodowych wywiadów wypuszczając do sieci ponad 250 tysięcy tajnych depesz i tak dalej i tak dalej. Póki co ciężko powiedzieć jak rozwinie się sytuacja, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Waszyngtonowi się upiecze.
Wygląda na to, że to wszystko. Jak coś ciekawego się wydarzy z pewnością opiszę chociaż zapał coraz mniejszy. Na pewno możecie spodziewać się tradycyjnego soundtracku mijającego roku pod koniec grudnia. Gdyby mój blog miał okładkę jak tygodnik Time to znalazłby się na niej jako "Człowiek Roku" jego autor oczywiście. Wyraźnie zdeklasowałem resztę ludzkości, ale spokojnie za rok będę jeszcze lepszy.
4 stycznia premierę ma debiutancki album Toro Y Moi, Causers of This. Nie chce mi się rozwodzić na temat tej płytki, ale powiem tylko tak: Szkoda, że Chaz Bandick musiał tak szybko wyjaśnić i ustawić poprzeczkę na tyle wysoko, żeby już nikomu innemu nie udało się jej choćby dotknąć. Bez wątpienia najważniejszy debiut/album/artysta ostatnich dwunastu miesięcy.
27 stycznia Avatar stał się najbardziej dochodowym filmem w historii kina, czy zasłużenie? Ponieważ „generalnie filmy są średnie” to osobiście nie pofatygowałem się ani na seans, ani do wypożyczalni DVD, ani do sklepu internetowego rapidshare. Natomiast słyszałem opinię, które mnie zniechęcały od znajomych, którym ufam w kwestiach dobrego smaku. Bo widzicie dla mnie film jeśli ma fajną treść to może być nawet czarnobiały nagrany w pustym pokoju (ej no Clerks). Natomiast jeśli mamy do czynienia z typową super produkcją, której zakończenie znamy po pierwszych 10 minutach film to nawet świat 3D opracowywany przez najznamienitszych naukowców NASA nie jest w stanie pomóc. Sami rozumiecie „co to jest pusty talerz z niczym?”.
16 marca kończę ostatecznie z dzieciństwem. Było zajebiście, ale dwójka z przodu zobowiązuje.
27 marca zakończyły się wybory w PO, w których Bronisław Komorowski pokonał Radosława Sikorskiego. To pierwsza próba przeszczepienia na rodzimy grunt amerykańskiego zwyczaju wyłaniania kandydatów na prezydenta poszczególnych partii w wyniku wewnętrznych wyborów. Czy skutecznie skupiła uwagę wyborców? Myślę, że trudno oceniać tę metodę przez pryzmat tego co stało się niedługo później. Natomiast trochę szkoda, że w PO nie wygrał „człowiek z PiSu”.
10 kwietnia pod Smoleńskiem rozbił się samolot na pokładzie, którego leciało 96 ważnych polityków i wojskowych, w tym para prezydencka. W wyniku, katastrofy PiS pokazał ludzką twarz, a PO wytrącono argument, który polegał na podkładaniu Kaczyńskiemu nóg, gdy ten nerwowo nimi przebierał. Rozpoczęła się najdziwniejsza kampania prezydencka w III RP.
Połowa kwietnia 2010 roku to zapomniany czas, kiedy nad nami krążyła fantom chmura z islandzkiego wulkanu. Sparaliżowała ruch na 1,5 tygodnia, nikomu krzywdy nie zrobiła, dzisiaj już nikt o niej nie pamięta. Historia pełna zwrotów akcji, niestety bez zakończenia, trochę jak Wielki Zderzacz Hadronów.
15 maja mistrzem Polski w piłce nożnej został Lech Poznań, czyli najlepiej zarządzana drużyna w Polsce, jedyna z jakąkolwiek polityką transferową, jedyna, która zarabia sama na siebie. Jedyna, która potrafi pyknąć trzy rameczki ekipie z Włochy czy Anglii. 15 maja, po 17 latach przerwy tytuł mistrza wrócił do jedynego miasta, w którym na stadion może iść zarówno magister jak i chłopak spod kamienicy. Do miasta, gdzie niezależnie od tego czy miejscowa drużyna gra w drugiej lidze czy w pierwszej frekwencja zawsze liczona jest w kilkunastu tysiącach, a po modernizacji stadionu wygląda na to, że będzie trzeba zwiększyć pułap do kilkudziesięciu tysięcy. Jednym zdaniem, po 17 latach tytuł mistrza Polski wrócił w dobre miejsce.
22 maja prowadzona przez Jose Mourinho drużyna Interu Mediolan zdobyła Puchar Mistrzów Europy. Tym samym portugalski trener stał się wielkim fenomenem, w ciągu 7 lat przygody jako menedżer piłkarski wygrał: 6 mistrzostw krajowych (po dwa w Portugalii, Anglii i we Włoszech), 3 puchary krajowe (po jednym w każdym z krajów), 4 Superpuchary krajowe (2 w Portugalii, jeden w Anglii, jeden we Włoszech), 2 Puchary Ligii (trofeum występujące w Anglii), do tego jeden pucharu UEFA i dwa Puchary Mistrzów. W sumie w ciągu 7 lat zdobył 18 różnych tytułów. Pracował w tym czasie z Porto, Chelsea i Interem. Obecnie zatrudniony w Realu.
20 Czerwca zakończyła się pierwsza tura wyborów samorządowych o czym w dużej części już pisałem, tak więc w telegraficznym skrócie, świetny czwarty wynik JKM, który wyprzedził nawet Waldemara „uwaga jestem zawsze i wszędzie” Pawlaka, przesadzone gadanie o jakimś dobrym wyniku SLD tym bardziej, że wynik był taki sam jak zwykle. Druga tura dla męża wieloryba i konkubina kota.
29 czerwca w Grecji rozpoczyna się strajk generalny, ten dzień być może kiedyś w podręcznikach do historii będzie opisywany jako przepiękny dzień początku końca Unii Europejskiej. Grecja jest zmuszona brać pożyczkę by ratować się przed bankructwem. Upadek rozwiniętej gospodarki socjalnej niestety nikomu nie otworzył oczu, potomkowie starożytnych wychodzą na ulice. W zamieszkach umierają ludzie, budynki zajmują się ogniem, a sami zainteresowani wychodzą z transparentami „Wolimy umierać niż pracować”. I niech ktoś powie, że zaplecze socjalne nie rozleniwia ludzi… Następni w kolejce to Portugalia, Hiszpania, Irlandia, Włochy i… Polska, jeżeli rząd Tuska nie zajmie się wkrótce czymś innym niż straszeniem Babą Jagą, której na imię Jarek.
4 lipca prezydentem Polski został zaściankowy Sarmata, który urodził się i ojciec matce wiśnie przyniósł z drzewa (jak głosił spot). Prezydent wszystkich i nikogo. „Gdy pytają kim jestem, odpowiadam tym kim chcecie żebym był”, mimo najszczerszych chęci Bronisław nie potrafi zostać moim prezydentem i przywrócić mi utraconej wiary w słuszność demokracji.
11 lipca kończy się Mundial w RPA. Fajnie, że daleko doszedł kopciuszek, szkoda, że to Urugwaj a nie Ghana. Super, że wygrała drużyna, która nie zdobyła tego trofeum nigdy wcześniej, ale dlaczego musiała to być Hiszpania a nie Holandia. Bombowo, że przez miesiąc mogłem za free oglądać sobie mecze w Internecie, ale dlaczego pieprzony Iniesta znowu wszystko musiał zepsuć i dać mi kolejny powód (Chelsea 1-1 Barcelona, pamiętacie?) bym go musiał szczerze nienawidzić. Wielkiej piłce mówimy „Do zobaczenia”, przynajmniej na dwa lata, widzimy się u nas.
1 sierpnia wróciłem po miesięcznym arbeicie w Reichu. Z saksów jestem zadowolony, chociaż fiordy mi z ręki nie jadły.
6-8 sierpnia to pierwsza edycja Off Festivalu w nowym mieście - Katowicach. Chyba najbardziej udana ze wszystkich dotychczasowych, a na bank miała najlepszy Line-up (Toro Y Moi, Dinosaur Jr. A Place To Bury Strangers, The Fall, Lenny Valentino, The Horrors, Something Like Elvis, Muchy, Falming Lips). Toro Y Moi pokazał, że jest zajebisty, Kim Nowak, że jest chujowy, a PKP, że jest niewygodne.
7 sierpnia, pierwszy raz, któryś moich znajomych wziął ślub. „Wielkie nieba”, a jednak jakiś mały przełom. Dziękuję parze młodej za zaproszenie, panu młodemu radzę by nie spierdolił sprawy, panią młodą przepraszam za to co stało się dzień później [buty].
1 września drugi rok z rzędu mogłem odetchnąć z ulgą i nie wstawać na rozpoczęcie szkoły, niech żyją studia.
19 października wojna polsko-polska wchodzi na nowy etap, najpierw bito ludzi pod krzyżem, później strzelano do ludzi w biurach poselskich. Mimo wszystko szkoda, że kule nie dosięgły posła Niesiołowskiego. A zupełnie poważnie to obszerniej pisałem o tym dwie notki wcześniej. Warto zapamiętać tę datę.
5 listopada PiS strzela sobie w stopę i traci swoją piękniejszą twarz/maskę. Szkoda bo samo PJN bez żadnych struktur i bez pieniędzy nie będzie w stanie wejść do sejmu w przyszłorocznych wyborach, ale mimo wszystko mam nadzieję, że się mylę.
14 listopada kończy się najobszerniejsze podsumowanie muzyczne dekady w Internecie na Porcys.com, generalnie zawodzi chociaż warto poczytać. Płytą dekady jest podobno Moon & Antarctica, najgorsze jest to, że dobre żarty mieszają się tam często z naprawdę dobrymi typami.
23 listopada Korea Północna ostrzelała wysepkę należącą do Południowej. Wojna wisi na włosku, czyżby moje pokolenie miało szansę zobaczyć pierwszy w historii konflikt nuklearny? Europejczycy wygodnie rozsiadają się w fotelach biorą pop corn i czekają co dalej, a dalej póki co nie ma nic. Znając temperament przywódców z Pyongyangu to zabawa się może skończyć jak dostaną prowiant albo błyskotki. Zachód odsapnie i będzie mógł odłożyć w czasie przyjęcie milionów ludzi bez kwalifikacji, bez podstawowej wiedzy i bez doświadczenia w krąg swojej cywylizacji..
28 listopada Wikileaks zawstydza wszystkich największych agentów międzynarodowych wywiadów wypuszczając do sieci ponad 250 tysięcy tajnych depesz i tak dalej i tak dalej. Póki co ciężko powiedzieć jak rozwinie się sytuacja, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Waszyngtonowi się upiecze.
Wygląda na to, że to wszystko. Jak coś ciekawego się wydarzy z pewnością opiszę chociaż zapał coraz mniejszy. Na pewno możecie spodziewać się tradycyjnego soundtracku mijającego roku pod koniec grudnia. Gdyby mój blog miał okładkę jak tygodnik Time to znalazłby się na niej jako "Człowiek Roku" jego autor oczywiście. Wyraźnie zdeklasowałem resztę ludzkości, ale spokojnie za rok będę jeszcze lepszy.
Sunday, November 14, 2010
2005-2010
Ludzie są jednak ślepi.
Tak samo jak nie jestem w stanie rozmawiać o sytuacji kobiet w Afganistanie z osobą, która nie wie gdzie leży Afganistan, tak samo nie mogę rozmawiać o polityce z osobami, które swoją wiedzę opierają na Faktach lub Wiadomościach.
Historia Polski w ostatniej dekadzie ma kilka punktów krytycznych i jeden naprawdę wielki dzisiaj nieco zapomniany. Nie powiem, że byłem w pełni świadomy w tematach około politycznych, kiedy miałem 15 lat, ale z całą pewnością coś tam rozumiałem. Pamiętam pierwszą wojnę na żywo w historii polskiej telewizji (tj. Irak) i pamiętam jak zaznaczałem sobie w kalendarzu pisakiem, kiedy rozpoczęła się cała operacja, kiedy wojska amerykańskie podeszły pod Bagdad, jak Saddam ukrywał się jeszcze dłuższy czas po zakończeniu działań. Pamiętam jak Miller mówił Ziobrze, że jest zerem. Jest jednak jedno wydarzenie, o którym zapomniano, o którym dzisiaj mało kto wspomina. Mało kto dokonuje analizy polskiego społeczeństwa przez jego pryzmat.
W roku 2005 byłem „zwolennikiem” (wiecie to głupio brzmi w odniesieniu do piętnastolatka) Platformy Obywatelskiej. Skorumpowany i całkowicie zdyskredytowany rząd lewicy upadał zostawiając bardzo dużo miejsca na scenie politycznej. [Mała ciekawostka, SLD w tych wyborach, kiedy było na przysłowiowym dnie uzyskało 11% czyli 2% mniej niż w ostatnich – stąd dziwi hurraoptymizm lewicujących mediów.] Chętnych do przejęcia mandatów po rządach postpezetpeerowskich polityków było wielu, nabywców czterech. Prawo i Sprawiedliwość, centroprawicowa partia założona przez kompetentnych konserwatystów. Platforma Obywatelska, liberalna, fachowa i nowoczesna frakcja. Poza tym kuriozalna Samoobrona i niemniej oryginalna LPR. Do tego oczywiście PSL, o którym od dwudziestu lat wiadomo tylko tyle, że jest. Tak to wyglądało w 2005 roku. Pełni nadziei Polacy poszli do urn, wtedy liczyliśmy na POPiS [Word podkreślił mi to jako błąd!] koalicje dwóch największych partii szeroko pojętej prawicy. W tamtym okresie dla wszystkich było oczywiste, że różnice programowe między tymi frakcjami są kosmetyczne i nie będzie problemów. Niestety okazało się, że wygrała partia bliźniaków Kaczyńskich, dla pewnej siebie Platformy pójście na ustępstwa przy budowie koalicji były niedopuszczalne.
Przez następne 2 lata politycy PO dawali ciche przyzwolenie na szydzenie z elektoratu PiS, sami pozwalali sobie na uszczypliwości wiele razy poniżej granicy jakiegokolwiek dobrego smaku. Powstała koalicja trzech partii, które nie miały ze sobą wiele wspólnego. Zapewne część z was żyje w przekonaniu, że LPR to w zasadzie nieco bardziej radykalne skrzydło PiS. Może i tak, jednak trudno znaleźć argumentacje, która byłaby mnie w stanie do tego przekonać jeśliby wziąć pod uwagę, że do dzisiaj nie odbył się żaden masowy exodus członków mniejszej partii do większej, co byłoby zgodne z logiką. W tym momencie ja wciąż byłem jednak za Platformą, która dla mnie uzyskała status partii poszkodowanej przez los. Naiwnie wierzył w słowa liderów opozycji, którzy każdą najmniejszą gafę szeregowego członka PiS potrafili rozdmuchać do rozmiarów tragedii narodowej, którzy straszyli nas współczesnym faszyzmem – kaczyzmem, którzy potrafili obrócić skorumpowanych urzędników w ofiary gry politycznej. Łzy posłanki Sawickiej ukryły całkowicie fakt przyjęcia przez nią łapówki. Nagle wszyscy widzieli w niej kobietę, która została uwiedziona przez czarującego agenta CBA. 50 tysięcy, które zainkasowała tłumaczone było miłymi SMSami i kwiatami. Wtedy ta argumentacja do mnie trafiała, wtedy wierzyłem, że PiS podstępem podszedł biedną kobietę. Dzisiaj potrafię sobie zadać trud i pomyśleć, a nie tylko słuchać dźwięków z telewizora. Dzisiaj wiem, że niezależnie czego by nie zrobił ten agent to poseł jest posłem, wybieranym przez społeczeństwo i biorąc 50 tysięczne łapówki nie wykonuje swojej pracy należycie.
W tym okresie stało się też coś strasznego, coś czego można było uniknąć. Tusk odmawiając Kaczyńskiemu koalicji wiedział co robi z punktu widzenia rachunku politycznego, zdawał sobie sprawę, że osamotniony PiS nie będzie w stanie skutecznie rządzić, bo tworząc rząd mniejszościowy wyjdzie jako skrajnie nieskuteczny, a w absurdalnej koalicji prędzej czy później zacznie dochodzić do pęknięć i kompromitacji. Plan Tuska wydawał się być idealny, nie przewidział jednak nikt w PO drugiej strony medalu.
Naśmiewając się z elektoratu PiS, zrównując go do moherowych babć, dając przyzwolenie na skandaliczne uproszczenia w telewizji, którą PO ma za sobą, doszło – bo dojść musiało – do podzielenia się Polaków. Na tych, którzy czuli się odrzuceni przez partię, która od 2007 roku rządzi i na tych, którzy są przeciwko ciemnocie i zacofaniu. Wyborcy Kaczyńskich w ciągu dwóch lat z konserwatystów stali się faszystami. Nagle okazało się, że ci wszyscy ludzie, którzy interesowali się polityką dłużej niż 5 lat i pamiętali wszystkie wpadki i niedotrzymane obietnice Tuska z lat 90 są słuchaczami Radia Maryja. Nie było już drogi odwrotu wszystko zaczęło się kręcić. PO zdało sobie sprawę jak wiele jest w stanie ugrać, kreując negatywny wizerunek PiSowi, wielu ludzi nie chciało być kojarzonych z ciemnogrodem i zabobonami toruńskimi uciekło z grona wyborców Kaczyńskich. W ciągu dwóch lat okazało się, że partie, które miały być twórcami największej koalicji III RP nie mają ze sobą nic wspólnego. Z tej perspektywy nie dziwi mnie absolutnie podzielenie Polaków, elektorat Kaczyńskiego jest mniejszy, czuje się bardziej zagrożony staje się głośniejszy. Elektorat PO powoli rozrasta się do olbrzymiej rzeszy wyborców, którzy często interesują się polityką jak mój pies astronomią, ale czują potrzebę spełniania obywatelskich obowiązków gdzieś pomiędzy pierwszą edycją „Mam talent” a siódmą „Tańca z gwiazdami”. Nie żeby coś, ale kiedy rozmawiam z kimś o polityce i pytam czemu głosował na PO najczęściej słyszę odpowiedź „Bo za PiSu to się kłócili”. Dzisiaj jesteśmy na tym stopniu absurdalności poruszanego przeze mnie zagadnienia, że nikogo nie dziwi, iż liberalna Platforma podwyższa podatki, które obniżała konserwatywno socjalna ekipa Kaczyńskiego. I z takich absurdów można by się śmiać godzinami, tylko, że osoby, które mają olej w głowie widzą, że coś jest nie tak. Stwierdzenie „Jestem dumny, że jestem Polakiem” nagle stało się wypowiedzią skrajnie nacjonalistyczną. Kilka dni temu w Warszawie mieliśmy dwa marsze jeden organizowany przez ONR, a drugi przez środowiska skrajnie lewicowe. Ktoś może zarzucać, że Marsz Niepodległości był faszystowskim zrywem. Mnie interesuje jedno, jak to możliwe, że ta bezmózga prawicowa hołota, która najchętniej by zabiła wszystkich nie-Polaków zrezygnowała za starcia, z nielegalną kontrmanifestacją, która tak naprawdę nie służyła niczemu. Można też dopisywać różnorakie motywy marszowi organizowanemu przez ONR natomiast stwierdzenie, że to miało mieć charakter faszystowski jest grubą przesadą. Po pierwsze widziałem część ludzi, którzy brali w nim udział i to SERIO nie było zbiegowisko głodnych opierdalania ryjów murzynom skinheadów. Po drugie tych ludzi było dużo, było ich bardzo dużo, na tubie jest filmik jak ta manifestacja idzie i idzie i tak przez 7 minut. Gdyby ci ludzie chcieli, mieli takie motywy mogliby bez problemu zdezorganizować życie miasta, niszczyć wystawy sklepowe, podpalać budynki, przerwać kordon policji oddzielających ich od ludzi, którzy przyszli tylko w jednym celu, przeszkodzić im. Z jakiś dziwnych przyczyn tego nie zrobili, dlaczego? Bo może przyszli tylko pokazać, że są dumni z tego, że są Polakami?
Niestety żyjemy w czasach, kiedy gdy ktoś odmawia gejom ich praw jest uznawany za zabobonny ciemny lud. Kiedy ktoś wychodzi na ulice 11 XI w dzień tak naprawdę jednego z dwóch wielkich świąt o charakterze narodowym żeby zamanifestować swoją przynależność do narodu zostaje wrzucony do jednego worka ze skrajnymi nacjonalistami. Żyjemy w kraju, absurdów człowiek niegłosujący na PO czy SLD musi się tłumaczyć w towarzystwie dlaczego popełnia taki czyn. W Ameryce nikt nie widzi niczego złego w tym, że sąsiad ma flagę państwową przed domem cały rok, w Wielkiej Brytanii Szkoci dbają o swoją odrębność i nikt na nich psów nie wiesza. Natomiast u nas… cóż mam wrażenie, że wiersz „Kto ty jesteś? Polak mały” będzie niedługo w jakimś zbiorze ksiąg zakazanych.
Żeby była jasność ja nie czuję wielkiej dumy z bycia Polakiem, raczej się pogodziłem i nie kryje się z tym pod płaszczem terminów „kosmopolita/obywatel świata”. W haśle Bóg, Honor, Ojczyzna żadne z trzech słów nie jest mi specjalnie bliskie. Natomiast chodzi tu o fakt, iż wojna polsko-polska wybuchła nie przez rząd PiS, a przez niedojście do koalicji Tusk – Kaczyński. Można by powiedzieć, że wina za to leży po stronie poprzedniej władzy, ale przecież ilość i priorytetowość resortów jakie dostały LPR i Samoobrona pokazały jasno, że ze swojej strony PiS był skory do ustępstw. To Platforma sprawiła, że ludzie uwierzyli, iż ich psujący się samochód, sikający w domu pies, czy wygazowane piwo są winą Kaczyńskich. To ludzie Tuska sprawili, że obywatel Polski mówiący o narodzie staje się faszystą, a o potrzebie chodzenia do kościoła ambasadorem rydzykowej ciemnoty. I w końcu to ci, którzy są teraz u władzy sprawili, że my dzielimy się na lepszych i gorszych, a nie dzieli nas wykształcenie, miejsce urodzenia czy preferencje kulinarne. Dzieli nas tylko krzyżyk przy urnie w kratce wyżej lub niżej.
Tak samo jak nie jestem w stanie rozmawiać o sytuacji kobiet w Afganistanie z osobą, która nie wie gdzie leży Afganistan, tak samo nie mogę rozmawiać o polityce z osobami, które swoją wiedzę opierają na Faktach lub Wiadomościach.
Historia Polski w ostatniej dekadzie ma kilka punktów krytycznych i jeden naprawdę wielki dzisiaj nieco zapomniany. Nie powiem, że byłem w pełni świadomy w tematach około politycznych, kiedy miałem 15 lat, ale z całą pewnością coś tam rozumiałem. Pamiętam pierwszą wojnę na żywo w historii polskiej telewizji (tj. Irak) i pamiętam jak zaznaczałem sobie w kalendarzu pisakiem, kiedy rozpoczęła się cała operacja, kiedy wojska amerykańskie podeszły pod Bagdad, jak Saddam ukrywał się jeszcze dłuższy czas po zakończeniu działań. Pamiętam jak Miller mówił Ziobrze, że jest zerem. Jest jednak jedno wydarzenie, o którym zapomniano, o którym dzisiaj mało kto wspomina. Mało kto dokonuje analizy polskiego społeczeństwa przez jego pryzmat.
W roku 2005 byłem „zwolennikiem” (wiecie to głupio brzmi w odniesieniu do piętnastolatka) Platformy Obywatelskiej. Skorumpowany i całkowicie zdyskredytowany rząd lewicy upadał zostawiając bardzo dużo miejsca na scenie politycznej. [Mała ciekawostka, SLD w tych wyborach, kiedy było na przysłowiowym dnie uzyskało 11% czyli 2% mniej niż w ostatnich – stąd dziwi hurraoptymizm lewicujących mediów.] Chętnych do przejęcia mandatów po rządach postpezetpeerowskich polityków było wielu, nabywców czterech. Prawo i Sprawiedliwość, centroprawicowa partia założona przez kompetentnych konserwatystów. Platforma Obywatelska, liberalna, fachowa i nowoczesna frakcja. Poza tym kuriozalna Samoobrona i niemniej oryginalna LPR. Do tego oczywiście PSL, o którym od dwudziestu lat wiadomo tylko tyle, że jest. Tak to wyglądało w 2005 roku. Pełni nadziei Polacy poszli do urn, wtedy liczyliśmy na POPiS [Word podkreślił mi to jako błąd!] koalicje dwóch największych partii szeroko pojętej prawicy. W tamtym okresie dla wszystkich było oczywiste, że różnice programowe między tymi frakcjami są kosmetyczne i nie będzie problemów. Niestety okazało się, że wygrała partia bliźniaków Kaczyńskich, dla pewnej siebie Platformy pójście na ustępstwa przy budowie koalicji były niedopuszczalne.
Przez następne 2 lata politycy PO dawali ciche przyzwolenie na szydzenie z elektoratu PiS, sami pozwalali sobie na uszczypliwości wiele razy poniżej granicy jakiegokolwiek dobrego smaku. Powstała koalicja trzech partii, które nie miały ze sobą wiele wspólnego. Zapewne część z was żyje w przekonaniu, że LPR to w zasadzie nieco bardziej radykalne skrzydło PiS. Może i tak, jednak trudno znaleźć argumentacje, która byłaby mnie w stanie do tego przekonać jeśliby wziąć pod uwagę, że do dzisiaj nie odbył się żaden masowy exodus członków mniejszej partii do większej, co byłoby zgodne z logiką. W tym momencie ja wciąż byłem jednak za Platformą, która dla mnie uzyskała status partii poszkodowanej przez los. Naiwnie wierzył w słowa liderów opozycji, którzy każdą najmniejszą gafę szeregowego członka PiS potrafili rozdmuchać do rozmiarów tragedii narodowej, którzy straszyli nas współczesnym faszyzmem – kaczyzmem, którzy potrafili obrócić skorumpowanych urzędników w ofiary gry politycznej. Łzy posłanki Sawickiej ukryły całkowicie fakt przyjęcia przez nią łapówki. Nagle wszyscy widzieli w niej kobietę, która została uwiedziona przez czarującego agenta CBA. 50 tysięcy, które zainkasowała tłumaczone było miłymi SMSami i kwiatami. Wtedy ta argumentacja do mnie trafiała, wtedy wierzyłem, że PiS podstępem podszedł biedną kobietę. Dzisiaj potrafię sobie zadać trud i pomyśleć, a nie tylko słuchać dźwięków z telewizora. Dzisiaj wiem, że niezależnie czego by nie zrobił ten agent to poseł jest posłem, wybieranym przez społeczeństwo i biorąc 50 tysięczne łapówki nie wykonuje swojej pracy należycie.
W tym okresie stało się też coś strasznego, coś czego można było uniknąć. Tusk odmawiając Kaczyńskiemu koalicji wiedział co robi z punktu widzenia rachunku politycznego, zdawał sobie sprawę, że osamotniony PiS nie będzie w stanie skutecznie rządzić, bo tworząc rząd mniejszościowy wyjdzie jako skrajnie nieskuteczny, a w absurdalnej koalicji prędzej czy później zacznie dochodzić do pęknięć i kompromitacji. Plan Tuska wydawał się być idealny, nie przewidział jednak nikt w PO drugiej strony medalu.
Naśmiewając się z elektoratu PiS, zrównując go do moherowych babć, dając przyzwolenie na skandaliczne uproszczenia w telewizji, którą PO ma za sobą, doszło – bo dojść musiało – do podzielenia się Polaków. Na tych, którzy czuli się odrzuceni przez partię, która od 2007 roku rządzi i na tych, którzy są przeciwko ciemnocie i zacofaniu. Wyborcy Kaczyńskich w ciągu dwóch lat z konserwatystów stali się faszystami. Nagle okazało się, że ci wszyscy ludzie, którzy interesowali się polityką dłużej niż 5 lat i pamiętali wszystkie wpadki i niedotrzymane obietnice Tuska z lat 90 są słuchaczami Radia Maryja. Nie było już drogi odwrotu wszystko zaczęło się kręcić. PO zdało sobie sprawę jak wiele jest w stanie ugrać, kreując negatywny wizerunek PiSowi, wielu ludzi nie chciało być kojarzonych z ciemnogrodem i zabobonami toruńskimi uciekło z grona wyborców Kaczyńskich. W ciągu dwóch lat okazało się, że partie, które miały być twórcami największej koalicji III RP nie mają ze sobą nic wspólnego. Z tej perspektywy nie dziwi mnie absolutnie podzielenie Polaków, elektorat Kaczyńskiego jest mniejszy, czuje się bardziej zagrożony staje się głośniejszy. Elektorat PO powoli rozrasta się do olbrzymiej rzeszy wyborców, którzy często interesują się polityką jak mój pies astronomią, ale czują potrzebę spełniania obywatelskich obowiązków gdzieś pomiędzy pierwszą edycją „Mam talent” a siódmą „Tańca z gwiazdami”. Nie żeby coś, ale kiedy rozmawiam z kimś o polityce i pytam czemu głosował na PO najczęściej słyszę odpowiedź „Bo za PiSu to się kłócili”. Dzisiaj jesteśmy na tym stopniu absurdalności poruszanego przeze mnie zagadnienia, że nikogo nie dziwi, iż liberalna Platforma podwyższa podatki, które obniżała konserwatywno socjalna ekipa Kaczyńskiego. I z takich absurdów można by się śmiać godzinami, tylko, że osoby, które mają olej w głowie widzą, że coś jest nie tak. Stwierdzenie „Jestem dumny, że jestem Polakiem” nagle stało się wypowiedzią skrajnie nacjonalistyczną. Kilka dni temu w Warszawie mieliśmy dwa marsze jeden organizowany przez ONR, a drugi przez środowiska skrajnie lewicowe. Ktoś może zarzucać, że Marsz Niepodległości był faszystowskim zrywem. Mnie interesuje jedno, jak to możliwe, że ta bezmózga prawicowa hołota, która najchętniej by zabiła wszystkich nie-Polaków zrezygnowała za starcia, z nielegalną kontrmanifestacją, która tak naprawdę nie służyła niczemu. Można też dopisywać różnorakie motywy marszowi organizowanemu przez ONR natomiast stwierdzenie, że to miało mieć charakter faszystowski jest grubą przesadą. Po pierwsze widziałem część ludzi, którzy brali w nim udział i to SERIO nie było zbiegowisko głodnych opierdalania ryjów murzynom skinheadów. Po drugie tych ludzi było dużo, było ich bardzo dużo, na tubie jest filmik jak ta manifestacja idzie i idzie i tak przez 7 minut. Gdyby ci ludzie chcieli, mieli takie motywy mogliby bez problemu zdezorganizować życie miasta, niszczyć wystawy sklepowe, podpalać budynki, przerwać kordon policji oddzielających ich od ludzi, którzy przyszli tylko w jednym celu, przeszkodzić im. Z jakiś dziwnych przyczyn tego nie zrobili, dlaczego? Bo może przyszli tylko pokazać, że są dumni z tego, że są Polakami?
Niestety żyjemy w czasach, kiedy gdy ktoś odmawia gejom ich praw jest uznawany za zabobonny ciemny lud. Kiedy ktoś wychodzi na ulice 11 XI w dzień tak naprawdę jednego z dwóch wielkich świąt o charakterze narodowym żeby zamanifestować swoją przynależność do narodu zostaje wrzucony do jednego worka ze skrajnymi nacjonalistami. Żyjemy w kraju, absurdów człowiek niegłosujący na PO czy SLD musi się tłumaczyć w towarzystwie dlaczego popełnia taki czyn. W Ameryce nikt nie widzi niczego złego w tym, że sąsiad ma flagę państwową przed domem cały rok, w Wielkiej Brytanii Szkoci dbają o swoją odrębność i nikt na nich psów nie wiesza. Natomiast u nas… cóż mam wrażenie, że wiersz „Kto ty jesteś? Polak mały” będzie niedługo w jakimś zbiorze ksiąg zakazanych.
Żeby była jasność ja nie czuję wielkiej dumy z bycia Polakiem, raczej się pogodziłem i nie kryje się z tym pod płaszczem terminów „kosmopolita/obywatel świata”. W haśle Bóg, Honor, Ojczyzna żadne z trzech słów nie jest mi specjalnie bliskie. Natomiast chodzi tu o fakt, iż wojna polsko-polska wybuchła nie przez rząd PiS, a przez niedojście do koalicji Tusk – Kaczyński. Można by powiedzieć, że wina za to leży po stronie poprzedniej władzy, ale przecież ilość i priorytetowość resortów jakie dostały LPR i Samoobrona pokazały jasno, że ze swojej strony PiS był skory do ustępstw. To Platforma sprawiła, że ludzie uwierzyli, iż ich psujący się samochód, sikający w domu pies, czy wygazowane piwo są winą Kaczyńskich. To ludzie Tuska sprawili, że obywatel Polski mówiący o narodzie staje się faszystą, a o potrzebie chodzenia do kościoła ambasadorem rydzykowej ciemnoty. I w końcu to ci, którzy są teraz u władzy sprawili, że my dzielimy się na lepszych i gorszych, a nie dzieli nas wykształcenie, miejsce urodzenia czy preferencje kulinarne. Dzieli nas tylko krzyżyk przy urnie w kratce wyżej lub niżej.
Subscribe to:
Posts (Atom)