Friday, April 22, 2011

10 najlepszych piosenek Pains of Being Pure At Heart



Dlaczego The Pains of Being Pure at Heart? Dlaczego? Przecież istnieje miliard lepszych zespołów. Przecież są oni zaledwie jednymi z wielu odnoszącymi się do tych wzorców. Przecież jest takie M83, które wskrzeszając momentami tego samego ducha, robi to dużo lepiej. Wydali ledwie dwa albumy, a między poszczególnymi piosenkami nie słychać jakiejkolwiek przepaści stylistycznej. Można napisać nawet, że większość z nich brzmi podobnie. Z drugiej strony the Pains of Being Pure at Heart, to zespół, który kocha wiosnę, lato, zieleń, słońce, niebieskie niebo, wakacje i miłość. To zespół, który jest uosobieniem nastoletnich emocji, pięknych, gwałtownych i naiwnych. Tak tłumaczę się z wyboru, tak robię to mało przekonująco. Posłuchajcie tych 10 piosenek, jak chcecie to przeczytajcie te 10 opisów. Może widząc słońce za oknami poczujecie „to coś”.


10. My Terrible Friend

Na ostatnim miejscu mogłaby się znaleźć pewnie jakakolwiek inna piosenka, skąd wybór właśnie na tę? Ten utwór pięknie definiuje zespół, są słodkie klawisze, jest mechaniczna sekcja rytmiczna, tęskny wokal i teksty takie jak ten: „Everyone is pretty and fun, everyone is lovely and young/ Everyone is gentle and gone, but everyone's just everyone/ And you're the one who's breaking me/ And you're the one who just won't leave”. Najbardziej niezwykły ze zwykłych tracków.


9. Falling Over

Czarny koń z Higher Than the Stars EP. Kawałek nawet w zasadzie totalnie „niepainsowy”. Jeśli członkowie zespołu chodzili na dyskoteki szkolne i tańczyli przytulańce to pewnie tamte momenty, wyryte głęboko w ich głowach, inspirowały ich do stworzenia tej piosenki. Chociaż rozumiem, że paleta skojarzeń może być tu bardzo długa. Piosenka najprawdopodobniej zostanie zapomniana, bo przecież Pains of Being Pure At Heart raczej nigdy nie dorobią się diehardów, którzy po latach odgrzebywaliby ich stare nagrania, ale obym się mylił, bo temu trackowi pamięć się należy!


8. The Body

Pod tęsknymi klawiszami snuję się smutny, zawodzący bas. Nieco patetyczna gitara w refrenie, niknie gdzieś w gąszczu wszystkiego. Jedna z fajniejszych perkusji, zwłaszcza dobrze brzmi w tych momentach, kiedy zostaje sam na sam z wokalem (po wstępie i po refrenie).


7. Come Saturday

Długo, oj długo Come Saturday była moim faworytem jeśli rozchodzi się o nowojorczyków. Brudny bas, błądzi i wspólnie z perkusją, ciągnie piosenkę ku refrenowi, a ten jest jednym jeden z najlepszych w ich wykonaniu. No i wielki plusik za sympatyczną „college’ową” solówkę gitary.


6. Heart in Your Heartbreak

Oddaję głos zespołowi: And your friends don't understand that the world could end/ And it would feel no worse than this/ Every thought of the look in her eye/ Like a cold California sky/ She was the heart in your heartbreak/ She was the miss in your mistake/ And no matter what you take/ you're never going to forget”. No I przesympatyczny numer po prostu.



5. This Love Is Fucking Right


Stęskniona, hałaśliwa, słodka. Taka jest ta piosenka, z jednej strony jak każda inna Painsów, a z drugiej coś w niej drzemie. Może to ten tytuł, a może to ta gitarka, która beztrosko przemierza rejon pod chropowatym podkładem?


4. Say No to Love

Samotny singiel, który nie znalazł miejsca na żadnym z krążków. Fragmenty z „You just don’t feel” poruszają nas nie mniej niż wszystkie pierwowzory nowojorskiej formacji. Mało tego piosenka jest dumną posiadaczką najlepszego teledysku w historii wideoklipów. Tak przynajmniej oficjalnie twierdzi przedstawicielstwo sieka90.blogspot.com, a podobno warto im czasami zaufać. Bardzo miły finał również zasługuje na to, żeby go tutaj odnotować.


3. Heaven’s Gonna Happen Now

Mój osobisty faworyt z drugiego albumu. Nie wiem co mogę dodać na temat tej piosenki, ale specyficzny dżyngiel w refrenie przypomina mi o pewnej płycie sprzed 20 lat, a zwłaszcza o mojej ukochanej „piątce” [Loveless – 05 When You Sleep]. Personalny przehajp? Raczej bardzo dobra piosenka, nie bójmy się powiedzieć tego głośno, Painsi są zespołem, który może hurtowo dostarczać nam dobrych utworów.


2. Stay Alive

Najlepszy numer z debiutu, oparty na, typowym zresztą dla zespołu, kontraście słodko-gorzkiej struktury zwrotka-refren. Ściana, która zresztą pojawia się w refrenie przypomina o Jesus & Mary Chain, albo zapomnianych herosach, którzy swoje 5 minut mieli w roku 2009 – Japandroids. Dodatkowy plus za Peggy Wang, która staje się na naszych uszach w klika chwil Billindą Butcher.


1. Higher Than the Stars

Absolutny majstersztyk, wydany na EPce o tym samym tytule, niedługo po pierwszym albumie. Nie wiem, czy kiedykolwiek Painsi byli tak blisko zdefiniowania samych siebie jak w tym numerze. Tutaj jest wszystko, syntezatorowa ściana dźwięku, gitary, słodkie chórki Peggy Wang. Teoretycznie to taka sama piosenka jak każda inna, w praktyce jednak POBPAH osiągnęli tutaj swój mały absolut.

Monday, April 11, 2011

Krajobraz (rok) po bitwie. (nie tylko)Czang Kai-shek nie żyje. [part II]

W rocznice katastrofy smoleńskiej warto jest zastanowić się przede wszystkim co te 12 miesięcy żałoby nam dało. Czy w ogóle o cokolwiek nas to wzbogaciło? Z jednej strony łatwo jest odciąć się zupełnie od tej atmosfery, stwierdzić, że rozpamiętywanie tego, rozdrapywanie jest pozbawione sensu i z góry ocenić to jako sprawę, której przyglądają się tylko najzagorzalsi narodowcy, zresztą często mówi się, że przy tej okazji, że katastrofa została niejako zawłaszczona przez środowiska bliskie zmarłemu prezydentowi. Jest to oczywistą bzdurą, katastrofa smoleńska została po równo wykorzystana przez wszystkie środowiska polityczne, a instrumentalne traktowanie tego wydarzenia jest domeną głównie polityków Platformy Obywatelskiej. O czym zaraz.

Dla mnie przede wszystkim ten rok uwypuklił to co trwało w Polsce przez ostatnich kilka lat. Atmosfera, która narodziła się w ciągu tych nastu miesięcy jest dowodem na to jak chwiejna i niespokojna jest demokracja narodzona z chorej matki. Nie wiem dokładnie jakie były nastroje ludzi na początku III RP, mogę się tylko domyślać, ale śmierć tych 96 osób kazała mi przemyśleć jeszcze raz czy okrągły stół był zdradą czy wykorzystaniem szansy. Nie potrafię dziś oprzeć się wrażeniu, że jednak tym pierwszym, a tragicznie zmarły prezydent uosabiał w pewien sposób myślenie tych zawiedzionych obrotem spraw. Był pierwszą osobą od dawna na tak wysokim stanowisku, która stawała w obronie tych, którzy poczuli się osamotnieni. Przez postać Lecha Wałęsy doszło do karygodnego uproszczenia, ten kto jest z nim – walczył o wolność, a ten kto podważa jego zasługi jest sfrustrowanym prawicowym karłem. Tymczasem spójrzmy na fakty, w żadnym innym kraju elity komunistyczne nie zostały potraktowane tak pobłażliwie. Być może pewnego dnia usłyszę, że gdyby nie Kiszczak nie byłoby dzisiaj demokracji. Tylko czy tego chcieliśmy?

Mi przypomina to sytuacje, w której RFN musiałoby tworzyć swoją elitę w oparciu o osoby związane z NSDAP. Na zachodzie ludzi z rękoma we krwi od razu odciąga się od władzy. Postacie ze środowiska narodowo-socjalistycznego nigdy nie mieli szerszych wpływów w Niemczech Zachodnich, podobnie jak po upadku muru berlińskiego niemal od razu odsunięto przedstawicieli komunistycznego aparatu ze wschodu. Dlaczego nie udało się tego zrobić w Polsce? Dlaczego okrągły stół został ogłoszony zwycięstwem? Ja nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której oprawcy, z krwią na rękach, dzielą się łupami na pół z ofiarami i zaczyna się festiwal zapomnienia w wyniku, której przedstawiciele katów po kilku latach dochodzą do władzy. Kwaśniewski, Oleksy czy Miller, oni wszyscy z dnia na dzień z komunistów, którzy podtrzymywali bezduszny system przy życiu i wykorzystywali niedole zwykłych obywateli, stali się szanowanymi socjaldemokratami świadczącymi o pluralizmie polskiej sceny politycznej. To jest ROZCZAROWANIE i o tym mi przypomina katastrofa smoleńska. Ten festiwal amnezji stał się tak powszechny, że dzisiaj już nie wiadomo kto był gdzie i kiedy. Głosujemy na ludzi o podwójnej moralności, którzy w imię władzy wyrzekli się swoich przekonań, bezideowa masa rządzi prawie 40 milionowym krajem z poparciem przeszło połowy społeczeństwa. I nie dotyczy się to tylko komunistów mający bezpośredni wpływ na życie ludzkie przed 89, dotyczy to również, a może przede wszystkim, tych walczących o wolność, którzy ogłosili zawieszenie broni tuż przed decydującą batalią dzieląc się łupem i poniekąd przedłużając istnienie PRL.

Dlaczego na początku lat 90 nie udało się odkreślić przeszłości grubą kreską? Jest to pytanie, na które być może nigdy nie poznamy pełnej i wyczerpującej odpowiedzi, ale jest to pytanie ważne. Warte tego by powtarzać je jak mantrę dopóty dopóki ostatni z oprawców i umywających ręce nie spoczną w grobie. To co niektórzy nazywają bezsensowną polityczną grą w teczki jest w rzeczywistości najzwyklejszym POSZUKIWANIEM SPRAWIEDLIWOŚCI. Dewiza państwa czeskiego głosi, iż prawda zawsze zwycięża. My nad Wisłą możemy się dużo nauczyć od naszych sąsiadów z południa. Tam po upadku komunizmu udało się rozliczyć z przeszłością. U nas niestety nie. U nas prawda nie zwyciężała, a została poddana procesowi ośmieszenia, bagatelizacji i zapomnienia. Każdy kto choć przez sekundę się jej domaga jest spychany do rogu. W imię postępu i nowoczesności każe się nam zapominać o przeszłości wcale nie tak zamierzchłej, mającej wciąż duży wpływ na nasze życie. I nie każe się nam zapominać od wczoraj, ten proces zaczął się tuż po zmierzchu PRL, kiedy głosowano nad ustawą lustracyjną ledwie kilka lat później były podnoszone identyczne głosy co teraz. W czym wielki sukces ludzi pokroju Michnika.

Ktoś może zapytać jaki jest sens odbierania dzisiaj schorowanemu, biednemu i staremu generałowi Jaruzelskiemu emerytury, ja jednak pytam, jakim prawem za nasze pieniądze mamy utrzymywać pachołków Moskwy, którzy nigdy nie mieli dylematów moralnych w kwestii traktowania ludzi walczących o odrobinę normalności?
Jeśli ktoś patrzy na tłum na Krakowskim Przedmieściu i widzi tylko sfrustrowanych starców, którzy wszędzie szukają spisków i oskarżają wszystkich o wszystko, to znaczy, że w pogoni za nowoczesnością, gdzieś pomiędzy mydleniem sobie oczu, że wszystko jest normalne, a krzyczeniem, iż największym zagrożeniem dla państwa jest klerykalna mafia i zakaz aborcji, całkowicie odrzucił historyczną perspektywę zjawiska. Ci ludzie są tam dlatego żeby zamanifestować, że oto odchodzi na naszych oczach szansa na zwyczajną sprawiedliwość. Dlatego jestem głęboko zszokowany brakiem głębszej refleksji w mediach i ograniczania interpretacji tego zjawiska do zaproszenia trzech – czterech psychologów, którzy debatują 30 minut nad 12 sekundowym filmem, nadesłanym przez wiernego widza, ukazującym przepychanki lub śpiewanie hymnu.

Druga sprawa, którą należy poruszyć przy okazji podsumowania ostatniego roku to fakt wykorzystywania tej tragedii do politycznych gier. Krew mnie zalewa jeśli słyszę, że PiS jest jedyną partią nagłaśniającą katastrofę, a cała reszta stara się jak może by odciąć się od tematu. Przecież to nie kto inny jak Donald Tusk zamiata pod dywan Smoleńska kolejne upadki swojego rządu i czasami mam wrażenie, że premierowi trochę szkoda, bo nie mieści się pod nim raport MAK i lekceważąca postawa rosyjskich władz. SLD również udało się skonsolidować swój elektorat podnosząc temat miejsca krzyży w przestrzeni publicznej i odżegnując się od nacjonalistycznej postawy w imię nowoczesności spod znaku Unii Europejskiej. Jeśli PiS podnosi temat katastrofy to robi to mając czyste intencje. No chyba, że ktoś uważa, iż dążenie do prawdy i próba rzetelnego wyjaśnienia katastrofy to motywy przesiąknięte brudną polityczną grą. Robi on to ignorując fakty takie jak niszczejący wrak, brak czarnych skrzynek i mnóstwo nieprawidłowości, które najczęściej nie były winą Kancelarii Prezydenta, bo jej rola w organizacji wyprawy ograniczała się do wysłania zaproszeń, zresztą urzędnicy głowy państwa dowiedzieli się o rozdzieleniu wizyt (premier miał osobną, jeśli ktoś już zapomniał od natłoku informacji) jako ostatni (chodzi oczywiście o strony bezpośrednio zaangażowane w wizyty).

Chociaż oczywiście zawsze macie prawo uważać jak Szanowna Pani Magdalena Środa, że to Lech Kaczyński ma na swoich rękach krew, a podnoszenie tej jakże nieistotnej sprawy jest kolejnym hamulcem w budowaniu Polski opartej na nowoczesności i postępie, wolności, równości i braterstwie.

Monday, March 14, 2011

Mądry Polak PO szkodzie.

„Mądry Polak po szkodzie” głosi stare porzekadło, i co? I znowu się sprawdza. Pana Kowalskiego i panią Nowak nie przekonywały żadne argumenty, że Platforma Obywatelska sformowała jeden z najgorszych rządów w historii III RP. Żeby otworzyć oczy szarym zjadaczom chleba potrzeba było dużo czasu. Nie dali oni sobie wytłumaczyć, iż PO poza orlikami nie spełniała ani jednej obietnicy wyborczej, a przecież Tusk przez kilka lat przedstawiał siebie jako liberalnego reformatora, odrzućmy już nawet archeologię w postaci podatku liniowego czy prywatyzacji szpitali, bo z perspektywy czasu fakt, że ktokolwiek uwierzył wtedy ekipie obecnie rządzącej jest po prostu smutny, choć przecież uwierzył niejeden – nawet ja muszę pluć sobie w brodę, że załamałem się w 2005 i wpadłem w ekstazę dwa lata później. Natomiast weźmy pod uwagę styl w jaki PO obejmowała władzę, czyli rekordowo długie expose premiera Tuska, czy bezlitosna krytyka poprzedników, zwłaszcza z egzotycznej koalicji PiS- LPR- Samoobrona (o przyczynach jej powstania pisałem już przynajmniej raz).

Tymczasem dzisiaj to ci znienawidzeni swego czasu przez wszystkich ukazują się jako zbawienie przy urnach na jesieni. Tylko im udało się obniżyć podatki, co jest jednym z gwoździ do trumny obecnej ekipy. Nie wiem na ile szary Kowalski jest w stanie sparaliżować się strachem przed wyimaginowanymi upiorami z przeszłości, natomiast nie mam wątpliwości, że kondycja jego portfela będzie kazała mu się dwa razy zastanowić zanim postawi krzyżyk przy liście obecnie rządzących.

Lista grzechów ekipy Tuska jest przynajmniej tak długa jak lista „wpadek” nieżyjącego już Lecha II Smoleńskiego (chociaż czasami miałem wrażenie, że dla niektórych dziennikarzy wpadką był wzrost, zmarszczona brew czy sam fakt jego narodzin). Zacznijmy od początku. Rząd PO nie przeprowadził żadnej poważnej reformy, która była od niego oczekiwana, lub którą zapowiadał. Do dzisiaj nie mamy ani prywatnej służby zdrowia, ani zreformowanego szkolnictwa, plany budowy nowych dróg nie tylko nie zostały zrealizowane, ale i z roku na rok są coraz bardziej ograniczane, do tego ekipę Tuska obciążają kolejne afery na zasadzie „Mietek załatwił Bogusiowi”. Czy mam wspominać o skandalicznych zaniedbaniach przy okazji śledztwa smoleńskiego? Bo zakładając nawet, że prawdą jest błąd pilotów (z czym absolutnie nie polemizuję – dla mnie jakiekolwiek teorie spiskowe wokół tej sprawy są po prostu smutne) to nie można oprzeć się wrażeniu, że rządzący zrobili wszystko by tego – mówiąc piłkarskim językiem – samobója sobie wbić. Tutaj następuje następna wyliczanka: poniżanie się przed Rosją, brak kontroli nad śledztwem, nie upomnienie się o własność państwa (czarne skrzynki, wrak samolotu), czy w końcu spóźniona reakcja na nieprawidłowości. Na dokładkę trzeba dodać, że po tym wszystkim nie poleciała nawet jedna głowa – co byłoby nie do pomyślenia w jakimkolwiek innym cywilizowanym, demokratycznym państwie.

Dla szarego Kowalskiego czarę goryczy przelało jednak coś innego, coś bardziej przyziemnego – o czym wielu mówiło, ale „do wczoraj” byli oni nazywani oszołomami. Mowa o kondycji finansowej, gospodarczej państwa. Wyborcy mogą wybaczyć wiele po tym jak wmówiono im, że mundurki w szkołach to faszyzm, natomiast nie wybaczą grzebania im przy emeryturach, nie wybaczą płacenia za benzynę 5,2, nie wybaczą cukru za 7 (autentyk!) i nie wybaczą generalnej podwyżki podatków, bo czegokolwiek by rząd nie mówił to wcale taniej nie jest i lepiej się nie żyje, a Irlandię to my ciągle mamy tylko na mapie w atlasie obok Zjednoczonego Królestwa. Okazuje się również, że „zielona wyspa” i „lekkie zero przyrostu gospodarczego” to obłuda. Oczywiście niektórzy wiedzieli to wcześniej, natomiast szary Kowalski z całą pewnością nie czytuje wypowiedzi ekonomistów, prognoz, a nawet nie interesuje się najczęściej polityką, no cóż – ułomność demokracji, że decydują ci co się znają jak świnia na astronomii.

Generalnie Tusk z ekipą rządzi „jakby jutra miało nie być”, czy mnie to smuci? Absolutnie nie, to jedyna droga jaką wyborcy mogą się przekonać kogo wybrali, a wobec braku jakiegokolwiek interesującego programu gospodarczego ze strony czerwonej hołoty, jest to również jedyna droga jaką w Polsce może zapanować normalność. Normalność, która zapewne będzie okupiona kilkoma chudymi latami i spłatą „radosnych szaleństw” pana Donalda.

Friday, February 25, 2011

Polityczny kompas.

Używany w dwudziestoleciu międzywojennym słynny podział na Polskę A i B w ciągu ostatnich kilku lat znowu wrócił do łask. Czy ten alfabetyczny klucz ma dziś sens? Z jednej strony łatwo jest obśmiać retorykę prawicowych i stwierdzić, że jest to bardziej ich urojenie i kolejny frazes odnoszący się do „Wielkiej Polski” tak ukochanej przez sieroty po Kaczyń… znaczy po Piłsudskim. Zapewne większa część społeczeństwa tak to widzi, natomiast na tym blogu raczej nie ma „większej części”. Każdy kto choć raz spojrzał na mapę okręgów wyborczych i widział jak rozkładają się głosy według klucza geograficznego wie doskonale, że podział ten istnieje i ma się dobrze.

Tradycyjnie na wschodzie kraju wygrywają opcje raczej prawicowe, konserwatywne, natomiast na zachodzie zazwyczaj prym wiodą partie lewicowe czy te bardziej promowane. Stąd zasadniczo można uprościć, że mieszkańcy lubuskiego bez kłopotu w odpowiednim momencie włączyli orwellowskie dwójmyślenie i przeskoczyli z SLD na PO, natomiast chłopi z lubelskiego bezrefleksyjnie znowu głosują na konserwatystów, faszystów i innych „ystów”.
Zapewne mógłbym długo tak rozmyślać jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy, ale to nie jest notka o polityce i historii to jest notka o mnie. Bo właściwie sam wychowałem się w dość specyficznym miejscu, gdzie starcia gigantów polityki są tak blisko mnie jak umierające dzieci w Sudanie, czy Tamilskie Tygrysy – czyli generalnie daleko. Tam skąd pochodzę zawsze wygrywa PSL, taki bastion mały (nawet takie rejestracje mamy!).

Generalnie gdybym dzisiaj miał 16 lat z całą pewnością nazwałbym się czerwonym, wojownikiem o prawa słabsz… chciałem napisać mniejszości, wielkim fanem robotników i tak dalej. W wieku 19 lat z całą pewnością podpisywałbym się powoli pod prawicę. Tylko, że tutaj pies jest pogrzebany bo to nie jest wszystko takie łatwe dzisiaj.

Z Jarosławem Kaczyńskim łączy mnie niechęć do postkomunistów i ogólnie do socjalistów. Chociaż dzisiaj kiedy WPDPMIJP (Wielki Przenajświętszy Drugi Po Marii i Jezusie Prezes) zdążył nazwać Oleksego „przedstawicielem socjaldemokracji średniego pokolenia” to nie jestem pewien czy przybiłbym sobie z nim piątkę. Z całą pewnością rząd Kaczyńskiego, mimo ekstremalnie trudnych warunków, był jednym z najskuteczniejszych w historii III RP (chociaż wtedy to chyba IV się nazywała). Jako jeden z niewielu (o ile nie jedyny) obniżył podatki – co się ceni, Polska notowała wysoki wzrost gospodarczy i budowała sobie rolę lidera w regionie – i tu oczywiście ktoś się może śmiać „jakiego lidera?” jednak wystarczy poczytać sobie wywiady z kilkoma politykami ze wschodu Europy żeby zrozumieć jak ważne dla nich było panowanie Lecha II Smoleńskiego. Dla nich jego polityka była zdecydowanie „In plus” (jak napisał mój wykładowca – jako ciekawostkę dodam, że lubi on też zwrot „Plagiat. Procedura egzaminacyjna została wstrzymana.”). Polska była jedynym poważnym sojusznikiem, podejmującej próby demokratyzacji, Ukrainy, kraje zachodu pozostawiały Kijów samemu sobie nie chcąc denerwować Moskwy. Ale chwila, właściwie to pomimo tych pięknych słów nie mogę nie przyznać racji tym, którzy krytykują naszego tragicznie zmarłego. Faktycznie Lech II Smoleński był nieudolny, a w dodatku jego polityka była trochę jak próba wciskania Pudziana w mój garnitur (wisiał by na nim). Abstrahując już zupełnie od ekskróla, z prawicą nie łączy mnie ani specjalne przywiązanie do tradycji, już zupełnie nie mówiąc o kościele, który jak dla mnie mógłby nawet nie istnieć momentami. A Jaras, tzn. WPDPMIJP strzela sobie dla mnie w stopę swoimi socjalnymi pierdołami i gadaniem o potrzebie protekcji państwowych przedsiębiorstw, jeży mi się włos jak czasami coś usłyszę o reprywatyzacji. Tylko, że jeśli nie PiS to co?

SLD to partia, z którą mam trochę wspólnego, jednak są to zazwyczaj sprawy dla mnie trzecio, czwartorzędne. No, ale skupmy się najpierw na miłych rzeczach. Na pewno jest to stosunek do mniejszości homoseksualnej, chociaż tutaj trzeba zaznaczyć wyraźną granicę co jeszcze tak a co już nie. Związek partnerski, ułatwiający życie w trudnych chwilach (spadki, szpitale) byłby zdecydowanie najlepszym wyjściem. Natomiast to dlaczego żyjący razem homoseksualiści mieliby otrzymywać ulgi podatkowe jest już dla mnie tajemnicą. Bo z tego co mi się wydaje, a raczej wydaje mi się dobrze, podstawowym celem tychże ulg jest zachęcanie ludzi do wydawania owoców swojego związku poprzez większą ilość pieniędzy w portfelu, które to świetnie można przeznaczyć na pieluchy i wózki, to zaś napędza gospodarkę - jej rozwój, a dodatkowa głowa więcej to w przyszłości podatnik, a już od najmłodszych lat konsument. Być może to nie Żydzi, ani Iluminaci, a przedstawiciele firm produkujących pieluchy i mleko w proszku rządzą światem? Wracając do wątku głównego ulgi nie, chociaż ktoś może spytać „co z adopcją?”. Nie chcę być niegrzeczny, ale z tego co mi wiadomo to dwóch mężczyzn w naturze raczej nie wejdzie w stan posiadania dziecka – a natury bracie, (i siostro – żeńska forma w nawiasie bo jestem patriarchalnym seksistą) natury nie oszukasz. JAK TU KLIKNIESZ TO MAŁA NIESPODZIANKA (KACZYŃSKI GADA O HOMOSEKSUALISTACH W POLSCE). Gdzie jeszcze muszę szukać nici porozumienia z ekipą Napieralskiego? Może aborcja i eutanazja, które w ogóle mnie nie bolą i powinny być wyjęte z szarej strefy. Nie jestem na pewno zwolennikiem skrobania, chociaż cudownie byłoby zobaczyć teleturniej „Gwiazdy skrobią na lodzie”, najpierw dobieranie w pary, później kilka tygodnie, albo nie, miesięcy (jak się bawić to na całego!) z kamerą w domu zapłodnionej. Wyobraźcie sobie to przez chwilę – Kinga Rusin chodzi po chacie pod okiem obiektywu i z rozmazanym makijażem narzeka na ciążę. Po jakimś czasie, kiedy wszyscy, prowadzący i uczestnicy, wyśmieją się na kanapie z zabawnych gagów jakie uwieczniła kamera podczas pobytu w domu, Kinga ze swoim partnerem, (tu koniecznie aktor serialowy) dajmy na to, Mroczkiem wchodzą w łyżwy, albo nie, ona jeździ na specjalnym fotelu, a on bierze odkurzacz i zaczyna dzieło. Na końcu jury ocenia jak się dane skrobanie podobało, czy na przykład flaczki z bardzo nie bryzgały, albo czy nie było zbyt brudno na lodzie. A tak zupełnie poważnie, fanem aborcji nie jestem, natomiast jeśli ktoś się na to decyduje to świadczy tylko i wyłącznie o nim i chyba lepiej żeby robił to w sposób cywilizowany (humanitarny – słowo klucz!) niż w obskurnej piwnicy, gdzieś w katakumbach średniowiecznych ruin. Do lewicy przyciąga mnie chyba najbardziej jednak sprawa narkotyków, które są takimi samymi środkami odurzającymi jak alkohol, a nie wiedzieć czemu są zakazane. Jaki jest skutek prohibicji każdy widzi, szesnastolatkowi nie mają problemu ze wskazaniem źródła, albo generalnie „kogoś kto łatwi”. Z lewicą jest jednak ten kłopot, że w Polsce póki co wciąż łączy się ona (w SLD) ze środowiskiem postkomunistycznym, czyli generalnie oprawcami (pisałem o tym ostatnio), w dodatku jest cała rzesza argumentów przeciwko. Zacznę od czegoś lekkiego jak parytety (jeden z najbardziej wkurwiających problemów na świecie, chociaż właściwie to nie jest problem realny tylko stworzony, skoro równy wiek emerytalny kobiet i mężczyzn już niemal udało się osiągnąć to muszą sobie feministki coś nowego wymyślić), tak naprawdę najbardziej w lewicy denerwuje mnie jednak ich podejście do gospodarki. Mnie naprawdę nikt nie musi „urabiać” przyznając mi 70% ulgę na przejazd pociągiem, bo jeśli nie musiałbym oddawać w podatkach pieniędzy na ciocię Halinę i jej sanatorium w Ciechocinku, czy na kosztowną terapię Mateuszka, który pewnie i tak umrze to miałbym te pieniądze na to żeby dopłacić sobie do tego biletu. Uwierzcie mi, gdybyśmy za fajki płacili 5zł, za benzynę 2, a za każdy produkt o prawie 1/4 mniej (23% VAT) to mielibyśmy tyle, że byśmy sobie mogli te bilety kupować zamiast papieru toaletowego. A problem jest taki, że dla mnie aborcja, eutanazja, związki partnerskie czy narkotyki nie są tematami stricte politycznymi, moralność zawsze można zostawić za drzwiami mieszkania, natomiast portfela nie da się kontrolować samemu.

No to PO? Swój głos w tej sprawie zabierałem już często. Platforma oszukała wszystkich, nie dotrzymała swojego programu sprzed kilku lat w żadnym punkcie, nie jest ani partią liberalną – o czym już zresztą przewodniczący Tomczykiewicz nam powiedział, ani partią ideową – o czym świadczy szeroka paleta posłów kojarzonych ze wszystkimi odcieniami politycznej tęczy. Z całą pewnością gdyby PO, obniżyło VAT, wprowadziło podatek liniowy, miało inną politykę zagraniczną niż bycie popychadłem i pionkiem dla Niemiec, USA i Rosji, prywatyzowało szpitale, czy budowało Orliki (pardon, moja pomyłka – Orliki PO wybudowała!). A więc w skrócie gdyby PO robiło to o czym kiedyś mówiło to bym na nich zagłosował.

Co z PSL? O PSL ciężko mi niestety cokolwiek powiedzieć, ale w końcu u mnie w mieście zawsze wygrywa!

Saturday, February 19, 2011

1952 - 1989

Polityki nie wyssałem może z mlekiem matki, natomiast oglądanie dzienników jest moim nawykiem już od małego do czego niewątpliwie przyczynił się mój nieżyjący już dziadek. Stąd silne flashbacki z dzieciństwa na: wojnę w Jugosławii, twarz Slobodana Milosevica, powódź z 97, skandal z Monicą Lewinsky, zachlany Jelcyn. Poważne zainteresowanie otaczającą mnie rzeczywistością – zwłaszcza polityką – rozpoczyna się jeszcze pod koniec podstawówki, kiedy to na swoim kalendarzu z Władcy Pierścieni (hehe) zaznaczałem sobie ważne daty w trakcie amerykańskiej interwencji w Iraku. W gimnazjum kupowałem sporadycznie różne tygodniki i miałem swoje pierwsze maratony z telewizją informacyjną (wtedy było to TVN 24 – serio!).

Z tym, że to nie jest do końca wpis o mnie, a raczej o pewnej ewolucji. Ewolucji moich poglądów, jako 16 latek byłem na tyle ukształtowany, iż w studiu telewizyjnym TVN mógłbym być świetnym głosem pokolenia chcącym oczyścić Polskę z „kaczyzmu” – takim małym symbolem, z jednej strony miałem pewien bagaż niezbędnej wiedzy z drugiej dość mocno wyrobione poglądy jak na swój wiek. Los chciał, że akurat byłem wtedy w totalnym błędzie. Nie mam tu na myśli tylko PO i stosunku do PiSu, tu jest coś więcej. Teraz będzie najstraszniejsza część notki, więc sympatyzujących ze mną czytelników proszę o wyrozumiałość, możecie sobie strzelić coś na uspokojenie jak macie. Mniej więcej do 18 wieku twierdziłem z całą stanowczością, że siłą i przyszłością jest lewica, a w moim domu nikt nigdy nie zagłosuje na prawicę.

Tak muszę się przyznać, że wierzyłem w te wszystkie bzdury. Krzyże przez jakiś czas poważnie przeszkadzały mi w życiu, byłem pierwszy w szeregu do rzucania kamieniami w skostniały kościół, w konserwatyzmie dostrzegałem źródło ludzkich nieszczęść, a Jarosław Kaczyński był dla mnie w jednej lidze ze skinami, którzy terroryzowali najsłuszniejsze pod słońcem marsze równości. Nie miałem żadnych wątpliwości (ani głębszych refleksji, niestety) przy sprawach takich jak eutanazja czy aborcja. Nikt nie musiał mi dwa razy powtarzać, że w pełni rozwiniętym nowoczesnym społeczeństwem będziemy dopiero, gdy uzyskamy pełną wolność, a pełna wolność oznaczała dla mnie wtedy dokładnie to wszystko, czym dzisiaj lewica kusi młodych ludzi. Natomiast najgorszą zbrodnią jaką popełniałem w wieku dużo bardziej młodzieńczym niż dziś nie była wiara w te "przyjazne otwartym" apokaliptyczne postulaty, które prędzej czy później pchną nas w otchłań autodestrukcji, totalnego zobojętnienia i mechanizacji, ale tłumaczenie członków aparatu PRL.

Wtedy byłem przekonany, że część z tych ludzi po prostu inaczej pojmowała „polską rację stanu”, że komunizm jest takim samym światopoglądem jak każdy inny, a oni po prostu próbowali odnaleźć się w tamtej rzeczywistości. Duża część z nich nie była dla mnie zresztą nawet czerwona, raczej usprawiedliwiałem ich, że nie mieli wyboru i chcieli dla swoich rodzin jak najlepiej. Dzisiaj wiem jak bardzo się myliłem. Większość z tych ludzi nie zasługuje na to by nazywać ich tym mianem. Przywiązanie do własnych zasad czy zwykły oportunizm nie może tłumaczyć zabijania, strzelania do bezbronnych, torturowania, utrzymywania społeczeństwa w nędzy, czy po prostu dawania cichego przyzwolenia na te okrucieństwa. Jeśli ktoś dzisiaj śmie twierdzić, że Jaruzelski był wielkim Polakiem, ba to już nie jest kwestia narodowości, był wielkim… Nie, inaczej. Jeśli ktoś śmie twierdzić, że Jaruzelski był człowiekiem to jest zwyczajnie niezrównoważony. W normalnym kraju ludzie tacy jak Kiszczak lub wspomniany Jaruzelski stanęli by przed trybunałem i zostali skazani na śmierć. Nieludzkie? A czy nieludzka była Norymberga? Nieludzkie jest to, że kilka lat po upadku komunizmu Polacy doznali masowej amnezji i wybrali aparatczyków systemu, który odebrał im prawo do mówienia i do normalnego życia na kilkadziesiąt lat, na kolejno premiera i prezydenta. Nieludzkie jest to, że ludzie, którzy powinni skończyć jak Rosenberg, Hans Frank, Mussolini, czy Ceausescu przeszli do nowego systemu, nazwali się socjaldemokratami i jak gdyby nigdy nic objęli z powrotem stery. Przekracza moje pojmowanie to jak prezydent Komorowski miał czelność zaprosić do siebie zbrodniarza przez, którego (pośrednio) był przetrzymywany, nawet nie on sam, tysiące innych – walczących o normalność. Jak to jest, że 30 kilka milionów ludzi zapomniało o tym, jak przez partyjny beton i karierowiczów żyli w warunkach, w których zwykła szynka była rarytasem. W połowie lat 90 Polacy pokazali, że widocznie oni (postkomuniści) lepiej znają się na gospodarce niż Balcerowicz i dali czerwonym zielone światło.

Kończąc myśl zastanawiam się jak długo jeszcze będę musiał w rocznice stanu wojennego patrzeć na wykresy i widzieć kilkadziesiąt procent przy opcji „Był nieunikniony/ Był potrzebny”, a przy pytaniach o Jaruzelskiego, że „Trudno powiedzieć, czy był zbrodniarzem”. Zresztą nie można całej winy zrzucać na tego pachołka Moskwy, bo problem jest szerszy, partię komunistyczną tworzyło dużo więcej osób. Część z nich miała później ciekawe kariery już w wolnej Polsce, część z nich posiada potomstwo, które teraz prężnie działa w strukturach SLD i jest z pewnością dumne ze swoich rodziców, za to, że współtworzyli państwo będące więzieniem dla ludzi, których dzieci teraz oddają na nich głos. Ciekaw jestem też ile pokoleń tak zobojętniałych na problem jak to moje będzie musiało minąć, żeby nagle stwierdzić, iż PRL w zasadzie może być oceniany pozytywnie.

Mamy wielkie pretensje do Rosjan, że nie radzą sobie ze swoją przeszłością, przy każdej okazji wytykamy im jak bardzo byli okrutni – Katyń, Wielki Głód, Wielki Terror. Niemcy wciąż w ogólnym wyobrażeniu są traktowani jak post-hitlerowcy, czego dowodem niech będzie uwaga jaką przywiązują polskie media (wszystkich opcji) do Eriki Steinbach. Współczujemy Białorusinom, Tybetańczykom i Chińczykom tymczasem sami nie potrafimy przeprosić się z sobą i zrozumieć swoich błędów. Młodzież w lwiej części przyjmuje postawy obojętne, twierdząc, że to już było, podając się za obywateli świata etc. Tymczasem nie można skutecznie budować jutra całkowicie odcinając się od przeszłości, specyfiki, czy tradycji, bo to determinuje kim jesteśmy i jakie mamy możliwości.

Wednesday, February 16, 2011

P(P)JN - Polska (Polityka) Jest Niepoważna

Kilka miesięcy temu usłyszałem teorię jakoby PJN miało być genialnym planem Jarosława Kaczyńskiego. W skrócie wygląda to tak: na wybory prezdyenckie szef PiSu skusił się na przyjęcie broni Platformy, czyli uśmiechów i obietnic. Oczywiście każdy kto potrafi wytężyć umysł i ma jakąś pamięć przypomni sobie zaraz o niepocieszeniu sztabowców PO, którym wytrącono z ręki jedyną broń, czyli straszenie Kaczorami, bo nie dość, że tutaj Kaczka została jedna to jeszcze przestała mówić „językiem nienawiści” (niesamowite pustosłowie w ustach platformersów). Wybory się skończyły, Jarek przegrał, ale miał podobno pomyśleć „To było dobre!”, wiedział jednak również, że nie do końca szczere, stąd według niektórych miał on stworzyć diaboliczny plan. Z początku pokazał głębokie zdystansowanie od metod tych kilku pań, potem wyrzucił je i kazać założyć im partię polityczną będącą małym PiSem mówiącym językiem Platformy. Sprzyjające dla ugrupowania Polska Jest Najważniejsza okazały się ostatnie wydarzenia. PO wyraźnie traci wsparcie mainstreamowych mediów, coraz częściej i coraz ostrzej jest przez nie krytykowana. Prezydent znajduje (oprócz wąsów na każdy dzień) punkty, w których nie zgadza się z premierem, chociaż dla mnie akurat wygląda to na teatrzyk straszny, zresztą słowo prezydent do Bronisława Komorowskiego pasuje równie dobrze jak do mojego psa (z całym szacunkiem dla Kajka), no ale "jaki prezydent taka różnica zdań". PO wyraźnie traci, wszyscy są głęboko niepocieszeni postępowaniem rządu w kwestii OFE czy podatków. Okazuje się również, że krytykami poczynań Tuska są nie tylko „oszołomy” spod znaku Janusza Korwina-Mikke, ale też autorytety i osoby obdarzane wielką estymą w społeczeństwie takie jak Leszek Balcerowicz. Finał może być taki, iż PJN faktycznie odbierze kilka % PO, następne kilka % może odebrać SLD, mam tu na myśli zwłaszcza ludzi młodych, którzy zauważą, że rządy platformy to wielka farsa, a przez kilka lat panowania Tuska nie doszło ani do liberalnych zmian gospodarczych, ani do głębokich przemian obyczajowych - na co zresztą nie ma co liczyć nawet jeśli do władzy dojdą postkomuniści. Nie oszukujmy się Napieralskiemu bliżej niż do Zapatero jest do Leppera – w zmodyfikowanej wersji, zamiast gadania o rozprzedawaniu majątku narodowego jest o parytetach i innych bzdurach, które rzekomo mają być miarą rozwoju XXI wiecznego społeczeństwa, chociaż obecność Palikota z jego „darmową antykoncepcją” dodaje Grzegorzowi minimum powagi. Wracając - PiS natomiast spokojnie będzie sobie siedział na swojej grządce krytykując rząd i przy odrobinie szczęścia uda mu się zdobyć trochę ponad 30% co dodawszy do np. 6-7% wyniku PJN daje podstawy do stworzenia koalicji.
Problem leży tutaj, że Jarosław Kaczyński genialnym strategiem raczej nie jest i szczerze wątpię w to by tak zbudowana intryga pojawiła mu się kiedykolwiek w głowie (podobnie jak niektórzy twierdzili, że koalicja z LPRem i Samoobroną była specjalnym zabiegiem - by skompromitowany Lepper został wyrzucony na zawsze poza burtę sejmu). Nie wydaję mi się również żeby PJN zdobył więcej niż 2-3%. Natomiast jestem głęboko rozradowany spadającymi notowaniami ekipy rządzącej, o SLD się nie martwię - znowu dostanie koło 12-13% i wszyscy powiedzą, że to wielki sukces, jak dostanie więcej niż 15 to napiszę własną krwią, że się myliłem, zeskanuję to i wrzucę jako grafikę główną na moim blogu.

Tuesday, January 25, 2011

Za długo to we mnie siedziało, czas opowiedzieć całemu światu.

Przepraszam wszystkich, którzy oczekiwali mojej notki.
„’Od tego zależeć będzie przyszłość planety na tej ziemi’ – z przedmowy Tadeusza Niwińskiego, Polaka, który mieszka w Kanadzie i napisał trzy książki ‘Ja’ potem drugą książkę ‘Ty’, trzecią książkę ‘My’. Aha, przepraszam, czwartą jeszcze napisał pod tytułem ‘Wy’. Jest to, eee, są to bardzo dobre pozycje na rynku też je polecam, ponieważ nigdy wiedzy nam takiej nie jest za mało. Ja chciałam jeszcze wrócić do kwestii, tej, o której zaczęłam mówić, że dzieci w przedszkolu się bawią, potem idą do szkoły i też się bawią, a potem już tylko nie bawią się, a można powiedzieć, że chuliganią. Dlatego, że u nas w Polsce nastąpiło takie jakby przekłamanie, któremu… To przekłamanie spowodowało, że sytuacja… To przekłamanie jest winne sytuacji, która się wytworzyła, mianowicie na świecie powiedziane jest, że mamy dzieci, mają. My mamy uczyć dzieci bawiąc, żeby te dzieci bawiąc się uczyły. A natomiast u nas zrobiono z tego dwie rzeczy: dzieci się bawią i się uczą. Miało być bawiąc się uczą. Uczą się bawiąc. A u nas bawiąc się uczą. A więc jeśli mają się uczyć przez zabawę, czyli nauka przez zabawę, a u nas mają się bawić dla nauki, ot do góry nogami jest wszystko postawione na głowie. I dzieci się bawią, a się nie uczą, a się uczą osobno. A to ma być nauka przez zabawę i ludzie, którzy są geniuszami oni całe życie się bawią – wykonując dany zawód. Ta praca jest dla nich zabawą, jest czymś wspaniałym, lekkim, fantastycznym. Ponieważ oni pracując bawią się i dzieci mają ucząc się bawić się, a nie bawiąc się uczyć i w szkołach dzieci bawią się ucząc. No to, to jest do niczego, no bo nie da się bawić, robić po prostu żartów i się uczyć. Natomiast można się uczyć przez zabawę, bo każdego rodzaju doświadczenie fizyczne, czy chemiczne, czy czytanie lektur to jest rozkosz, to jest świetna zabawa, ale trzeba się... Gdyby panowie na przykład podchodzili poważnie to by przez prowadzenie się bawili, a nie chcieli się bawić obok prowadzenia, prawda? A więc to jest bawię się… Prowadzę coś i bawię się, uczę się i to mnie bawi. Czytam i to jest dla mnie zabawne, gotuję obiad i uczę się nowych sposobów gotowania, czyli… I to mnie cieszy, a więc… Czyli radość ma być jako efekt danej czynności a nie radość a potem czynność. No to wtedy jest śmiechu warte i wszystko z rąk leci, a prace wykonane są… na opak wykonane. Moi drodzy państwo zbliżamy się nieuchronnie do końca naszego programu dzisiaj, spotkam się z państwem za tydzień jak zwykle o godzinie 11. A tymczasem chociaż jedno zdanie z książeczki Caroline. O! ‘Teraz tworzysz zaufanie, gdy popatrzysz na swoje śpiące dziecko zrozumiesz, że robisz coś pozytywnego. Dzięki temu ty będziesz mogła czuć się lepiej.’ Chodzi o to, że dziecko powinno przed zaśnięciem, jeśli nie ma mamy obok siebie, to mieć nagrany głos mamy, która mówi ‘kocham cię’, ‘śpij dobrze’, ‘życzę ci kolorowych snów’, ‘życzę ci piątek w szkole’, ‘nie mogę dzisiaj być z tobą, ale jestem z tobą myślą’. Wystarczy nagrać na kasecie i puścić przed snem ten głos mamy dziecku. A dziecko nie mając fizycznie mamy, bo mama czasami nawet gdyby była fizycznie, może być zmęczona. Dziecko nie mając fizycznie mamy koło siebie może usłyszeć jej dobre życzenia. Jest to substytut, jest to zastąpienie obecności fizycznej. Tak samo ojciec może nagrać ‘synu bardzo cię kocham’, czy ‘córeczko’ i ‘życzę ci dobrych snów’ opowiedzieć bajkę dziecku. I gdy puścimy z kasety takie nagranie dziecku, dziecko nie będzie miało komfortu opuszczenia, nie będzie potem kaprysiło, nie będzie się domagało, że mama ma być koło nas. Moi drodzy państwo, do usłyszenia, do zobaczenia za tydzień, a tymczasem…”
BAWIĄCSIĘPROSACUCZĘUCZĄCSIĘBAWIĘMETADONCAROLINEKOKAINAKOMFORTOPUSZCZENIA



ALL GLORY TO THE CHRISTIN