Thursday, August 2, 2012

Ogórki!


Sezon ogórkowy w pełni tak więc nadszedł czas na garść luźnych refleksji pod szyldem sieka90.blogspot.com.

      Dlaczego prawica nie jest zdolna do wygrania wyborów w Polsce?
Dlaczego partia Jarosława Kaczyńskiego przegrywa wszystko co może, mimo słabnącego zaufania do rządu Donalda Tuska? Problemem w PiSie nie jest brak demokracji wewnątrz partyjnej. Moim zdaniem nie ma to żadnego znaczenia, nawet jeśli tak chciałaby część publicystów.  Wydaje mi się, że wszystko tkwi w braku pewnej spójności. Prawo i Sprawiedliwość tracą swoimi ciągłymi wahaniami między wyborami, ciągłymi próbami to puszczania oka do centrowego elektoratu, to utwardzaniem swoich zatwardziałych zwolenników. Jestem niemal przekonany, że przez szalone pomysły takie jak karanie więzieniem za in vitro, czy zakazem handlu alkoholem na stacjach benzynowych Jarosław Kaczyński odbiera sobie szansę na przekroczenie 30% w jakichkolwiek wyborach na następne kilka lat. Polskie społeczeństwo, mimo że w większości wciąż konserwatywne, nie jest w stanie przełknąć pierwszego z tych pomysłów, oczywiście in vitro nie jest złotym środkiem, ma swoje wady. Mrożenie zarodków musi budzić wewnętrzny sprzeciw, ale jest jeszcze jedna strona medalu, a w coraz szybciej biegnącym świecie, metoda in vitro jest jeszcze jednym sposobem na walkę ze spadającymi wskaźnikami demograficznymi i dramatami bezdzietnych rodzin, człowiek, który nie założył rodziny grzmiący o karze więzienia dla tych, którzy musieli zdecydować się na te metodę (chyba, że ktoś lubi wydawać kilkadziesiąt tysięcy złotych dla funu) wygląda po prostu śmiesznie. Drugi kuriozalny pomysł zaś brzmi może ciekawie z perspektywy Warszawy, natomiast w małych miastach często nie ma zwyczajnie sklepów całodobowych, a dystrybucja alkoholu podobna do tej w Szwecji byłaby nad Wisłą nie do przyjęcia. Swoją drogą nie wiem jaki jest sens utwardzania elektoratu, jeżeli chyba żadna partia nie ma go tak zmobilizowanego, a wyborcy Jarosława wybaczają mu nawet debilne teksty o patriocie Gierku. Poza tym szkoda, że  w Polsce wciąż nie doczekaliśmy się poważnej partii konserwatywno liberalnej, wszystkie partie Korwina są z góry skazane na porażkę. JKM mimo wielu ciekawych pomysłów sam strzela sobie w stopę przy co drugim występie w TV, imponując przy tym swojej 2,5% rzeszy zwolenników, a zniesmaczając 97,5% reszty społeczeństwa. PiS mimo przebłysków świadomości brzmi raczej jak socjaldemokracja gospodarcza niż strażnicy świętej wolności. Ciekaw jestem też, czy Solidarna Polska to masterplan Prezesa, czy raczej samobójstwo polityczne kilku niezłych person. Jeżeli to pierwsze to jestem w stanie się założyć, że pomysł nie wypalił. Jeżeli, zaś to drugie to ciekawe kiedy Ziobro i Kurski zdadzą sobie sprawę z tego, że Polska nie potrzebuje PiSu Bis. Jestem przekonany, iż większość społeczeństwa między Suwałkami, a Wałbrzychem ma raczej konserwatywne poglądy, denerwuje ich nepotyzm, chcą silnej Polski, chcą wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, ale nie chcą wojennej retoryki, umierania za każdą sprawę, traktowania wszystkiego jak sprawy życia i śmierci. Dlatego nie głosują na PiS, bo wolą poświęcić czas na pracę i rodzinę, niż czytać gazety, być ze wszystkim na bieżąco, opowiadać się na każdy temat. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zrozumie to ktoś z władz PiSu.

2       Dlaczego lewica nie jest zdolna do wygrania wyborów w Polsce?
Rozkwit idei nowej lewicy w Polsce można odłożyć między bajki. Osoby pokroju Magdy Środy, słusznie zresztą, są u nas traktowane raczej jako dziwactwa i podobnie jak Jarosław Kaczyński myli się, że nasz kraj sterowany jest przez Moskwę i Berlin, tak słynna pani etyk ośmiesza się za każdym razem kiedy winą za wszystko w Polsce obarcza kościół i tradycję chrześcijańską. Janusz Palikot mający olbrzymi kapitał polityczny po ostatnich wyborach, wydawał się być na fali. Dzisiaj można zaryzykować tezę, że był to raczej pojedynczy wystrzał. Zryw ludzi, którzy pragnęli jakieś odnowy, której on im nie może dać. Palenie trawki zakończone kadzidełkami okazało się być nie do przyjęcia dla młodszej, radykalniejszej młodzieży. Droga ramię w ramię z PO w sprawie emerytur odwróciło od Ruchu Palikota starszy elektorat ludzi odrzuconych, którzy nie mogą patrzeć na prawicę, a komunistyczna lewica zbyt często odwracała się do nich plecami. Mówiąc krótko, wyborcy chcieli pornografię, a ekscentryczny lider może im zaoferować jedynie pocałunki pod kołderką. Nikt nie wierzy już w radykalizm cynicznego bogacza. Musiałoby powtórzyć się jakieś trzęsienie, żeby partia podbiła swój wynik. A z SLD jak z SLD. 10 lat temu Miller był co prawda premierem, ale od tamtego czasu otarł się nawet o Samoobronę. Gwardia, która rządzi Sojuszem nie jest w stanie przyciągnąć do siebie młodszego elektoratu, komunistyczna przeszłość (i teraźniejszość) wielu ludziom również staje w gardle. SLD może liczyć na odpływ wyborców z RP, ale nie będzie w stanie z obecną ekipą przebić wyników Grzegorza „Gdzie podziała się moja charyzma?” Napieralskiego. Skupieni wokół władzy w Sojuszu powinni zacząć myśleć co zrobić na przyszłość. Ich żelazny elektorat już długo nie pociągnie nawet bez wyroków w więzieniach. Polska lewica miota się między radykalizmem zachodnich odpowiedników, a statusem quo zaproponowanym przez ludzi, którzy dzisiaj kojarzą się tylko z kłamstwem i brakiem honoru. Pytanie czy między tymi dwoma formacjami, ktoś w końcu zdecyduje się na zdrową socjaldemokratyczną część czerwonego tortu. Bez przymusowej emancypacji i apostazji, a z prawdziwym spojrzeniem na problemy młodych ludzi. Przecież to olbrzymia gałąź do zagospodarowania, może być politycznym czarnoziemem lewicy. Z drugiej strony powstawały już mniejsze i większe socjaldemokratyczne twory na rodzimej arenie, więc to też nie musi być kluczem do zwycięstwa. Z drugiej jednak strony puste hasła nie pociągną Palikota tak daleko jak jego dawnego szefa, a PZPR nie ma prawa wygrywać w III RP.
3       Dlaczego Niemcy nie są w stanie wygrywać turniejów?
Od ostatniego triumfu drużyny, o której kiedyś Gary Lineker powiedział, że na końcu zawsze zwycięża, minęło już 16 lat. W między czasie dwa razy dotarła do finału dużej imprezy i trzy razy zdobyła trzecie miejsce, a przecież w 2000 i 2004 nie udało się jej  nawet wyjść z grupy. Komentatorzy piłkarscy zachwycają się stylem młodzieży, ale ta nie chce wystrzelić. Pytanie, czy w ogóle ma szansę? Przecież zmarnowanych generacji w piłce nożnej zawsze było więcej niż tych złotych. Przykłady? Holandia z czasów Kluiverta, Cyruffa, ale też dzisiejsza pod dowództwem Robbena, mimo świetnych nazwisk nie wygrywa niczego. Anglicy, którzy przez 10 lat na środku polu mieli Lamparda, Gerrarda, Barrego i Parkera też odchodzą do przeszłości, nigdy nie zdobyli nawet brązowego medalu. Czy Niemcy podzielą los wyżej wymienionych? W sporcie ciężko prorokować coś na więcej niż rok w przód. Kto dwa lata temu powiedziałby, że Muller nigdy tak dobrze jak na Mundialu w RPA już grać nie będzie? Przychodzą co prawda nowi młodzi i zdolni, ale ciężko powiedzieć żeby mieli oni przed sobą drogę usłaną różami. Kiedy Balotelli ładował do siatki drugą bramkę zapewne wielu komentatorów zachodziło w głowę, kiedy w końcu nastąpi eksplozja piłkarskich talentów zza Odry? Od 2006 zmieniają się nazwiska, kadra robi się coraz młodsza, jeszcze lepsza, jeszcze energiczniejsza i wciąż jeszcze bardziej nienasycona. W dodatku turniej za dwa lata odbywa się w Brazyli, a w zawodach odbywających się poza Europą drużyny ze Starego Kontynentu nie są najskuteczniejsze. 2002 – zwycięstwo Brazylii, 1994 – też Brazylia, 1986 – Argentyna, 1978 – Argentyna, 1970 – Brazylia i 1962 – Brazylia. Nie ma nawet sensu wydłużać tej listy. Zwycięstwo przed dwoma laty Hiszpanów miało miejsce w RPA, ale umówmy się, że Hiszpania miała wtedy jedną z najlepszych drużyn narodowych w historii całej piłki nożnej. Trzon kadry się nie zmienia a zawodnicy wygrywali w Polsce i na Ukrainie trzeci wieli turniej z rzędu co nie udało się nikomu nigdy. Może to właśnie Hiszpanie są ostatnią przeszkodą na drodze Niemców do całkowitej dominacji? Od zgodzenia się z tą tezą dzielą mnie jednak dwie bramki Mario Balotellego. 

Sunday, June 17, 2012

Przyczyny klęski wczorajszej i jutrzejszej.

Przegraliśmy i można się było tego spodziewać. Jeszcze pół roku temu wszyscy mówili, że nie wyjdziemy, że odpadniemy na starcie, że trzy mecze i do domu. Coś się zmieniło, że tydzień przed turniejem wszyscy zmienili zdanie i zaczęli napomykać o ćwierćfinale? Nic, nie trzeba być wybitnym socjologiem, nie trzeba nawet skończyć liceum żeby sformułować prosty wniosek - daliśmy się ponieść euforii. Po fatalnych mistrzostwach zawsze zaczyna się szukanie winy, może potrzebny był od pierwszych minut Mierzejewskiego? Może Murawski powinien był polecieć na ławę? Prawda jest taka, że Smuda poza kilkoma drobnymi wpadkami takimi jak zabranie na turniej Brożka, czy brak zmian w pierwszym meczu, na polu kadrowym nie popełniał jakiś tragicznych decyzji. Można oczywiście wiele wyrzucić Smudzie, braki taktyczne może wybaczać polska liga, wybaczać mogą je też europejskie puchary (nie oszukujmy się, ale angielskie/włoskie/hiszpańskie drużyny nie traktują poważnie rozgrywek Ligii Europejskiej i do takich niespodzianek jak np. te z udziałem Lecha dochodzi tam co roku). Pod koniec "trenerowania" (jakby to sam powiedział, hehe) nasz selekcjoner wyglądał już jak najbardziej znerwicowana osoba w całej kadrze.

Czy piłkarze są winni? Oczywiście, że nie są winni, są po prostu za słabi. Praktycznie każda jedenastka na Euro kadrowo była mocniejsza od naszej. To bardzo miłe, że mamy czterech, pięciu bramkarzy na wysokim poziomie, tylko co z tego? Ukraińcy w pierwszym składzie ma dopiero 4 bramkarza (dwóch lepszych było kontuzjowanych a jeden zawieszony za doping) i jakoś wygrała ze Szwecją. W polu mamy trójkę z Borussi to fakt, prezentują oni jakiś poziom, ale ten poziom nie jest też jakiś galaktyczny, nieosiągalny. Borussia to może i najlepsza drużyna niemiecka, ale już w Lidze Mistrzów nie wyszła nawet z grupy, a Bundesliga nie ma raczej startu do rozgrywek w Hiszpanii, Anglii a nawet we Włoszech i jeden Bayern wiosny nie czyni. Traktujemy Greków, Czechów lub Irlandczyków strasznie z góry, tymczasem prawda jest taka, że na papierze oni wcale nie mają gorszych składów od nas. Zawodnicy z Zielonej Wyspy co prawda przegrali dwa pierwsze mecze, ale z kim grali? Chorwacja i Hiszpania to drużyny, które w naszej grupie mogły by się pokusić o 9 punktów.

Przykre jest to, że żeby ulepić jedenastkę musieliśmy naturalizować Boenischa, Obraniaka, Perquisa czy Polańskiego. Nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem naturalizacji zawodników, tylko o to, że oni są po prostu słabi. To nie są zawodnicy, którzy reprezentują jakiś wysoki poziom. Po prostu u nas nie ma dobrych piłkarzy, a czemu nie ma? I tutaj dochodzi do sedna, dlaczego nie wygramy grupy na turnieju nawet za 20 lat. Polska liga, mimo swoich zmian wciąż jest skansenem. Baza się poprawia powoli, ale poziom nie rośnie. Jedyny klub, który ma zdrową sytuację finansową i pomysł to Legia, która już teraz zaczyna seryjnie wypuszczać młodych zdolnych chłopaków. Wisła Kraków, która jeszcze 10 lat temu wygrywała mecze w lidze z zamkniętymi oczami dzisiaj jest zbieraniną przypadkowych kolesi, którzy nie bardzo wiedzą co się dzieje, a jedyny przebłysk świadomości na poziomie wyższym niż ligowy daje zawodnik z Izrael Melikson. Lech mimo świetnego scoutingu, również przegrywa na polu szkolenia młodzieży sprowadzając w zamian niezłych graczy z Bałkanów, tylko szkoda, że poza jednym Rudnevsem (akurat Łotysz i akurat z węgierskiej ligi) reszcie po sezonie odechciewa się grać. Przecież Stilić czy Kriwiec to dzisiaj karykatury zawodników sprzed kilku sezonów. Mimo to zarówno klub z Krakowa jak i z Poznania wolą ściągać zawodników z zagranicy bo to tańsze i szybsze niż budowa szkółki Reszta klubów jest zbyt biedna żeby robić karierę w Europie i do wygrywania meczy wykorzystuje raczej brak koncentracji i nonszalancką postawę "wielkiej" trójki. Ktoś dzisiaj w studiu w TVN24 spytał "czemu nie gra żaden gracz ze składu mistrza polski?", ja mogę odpowiedzieć, bo są za słabi, bo poza jednym Milą, który ma już swoje na karku, nikt nie prezentuje poziomu wyższego niż solidny ligowy gracz.

Poseł Girzyński narzekał, że kiedyś chłopcy grali przed blokiem między dwoma drzewami i jakoś wygrywaliśmy. Jest to często powtarzana opinia, która nie wytrzymuje jednak jakiegokolwiek zderzenia z rzeczywistością. 30-40 lat temu nie było takich ośrodków szkoleniowych, piłka nożna nie była jeszcze aż takim biznesem. Dobrze się stało, że w Polsce są Orliki i wbrew temu co mówił poseł Kurski (że to miejsca spotkań panów z brzuszkiem) to jednak coś się dzieje. Młodzież ma gdzieś grać i jestem przekonany, że odczujemy za kilka lat budowę Orlików. Tylko, że same boiska nie są w stanie wyszkolić zawodników poza pewien poziom, potrzebne jest zaangażowanie ludzi i pieniądze. Jestem przekonany, że to drugie by się znalazło, tylko w Polsce nie ma ludzi z wizją, a raczej są, ale zderzają się ze ścianą. Działacze piłkarscy stanowią zakonserwowany beton, jakiekolwiek próby "wietrzenia" PZPN są z góry skazane na niepowodzenie. Nawet jeśli pojedynczy ludzie chcą coś zrobić to nie mają zwyczajnie szans i stają się dziennikarzami sportowymi lub dyżurnymi krytykami.

Dlatego możemy naturalizować jeszcze trzydziestu przeciętnych graczy z przeciętnych klubów ligi niemieckiej, możemy organizować nawet mistrzostwa świata, ale dopóki nie zmienimy klimatu otaczającego piłkarski świat nic nie drgnie. Dzisiaj usłyszałem od posła Kwiatkowskiego, że mamy duże szanse na awans do Mundialu, który już za dwa lata w Brazylii. Stwierdził, że poza Anglią to Ukraina, Mołdawia, San Marino i Macedonia to drużyny w naszym zasięgu. Oczywiście można je ograć, ale w eliminacjach nie gramy z Macedonią tylko Czarnogórą, pewnie "żadna różnica". Przed meczami z Czarnogórą będziemy słuchać jak to nasza trójka z Dortmundu rozniesie rywali, tylko, że w tej Czarnogórze są zawodnicy z czołowych lig europejskich, tego pewnie nie wie nikt, bo my mamy Gienka, Ludo, Lewego i Kubę, a tam podobnie jak w Grecji i Czechach grają same płotki. Ciekawe czy kiedyś się pogodzimy z tym, że przeciętny kibic z Anglii nie ma pojęcia kim jest Piszczek, nie mówiąc o naszych naturalizowanych gwiazdkach i kopaczach z polskiej ligi. Żebyśmy zaczęli wygrywać musimy zmienić wszystko w rodzimej piłce. Nie Smudę, nie Latę, nie Perquisa, Obraniaka czy Lewandowskiego, wymagana jest gruntowna przebudowa całego myślenia o piłce. I to nie jest prawda objawiona, to wie każdy dziennikarz sportowy i to są słowa powtarzane co 2 lata, kiedy przegrywamy eliminacje, albo odpadamy w fazie grupowej, a że później wszyscy piszą dobrze i cieszą się każdym małym cudem? Co nam pozostaje jeśli nie wiara w kadrę i zaklinanie rzeczywistości?

Friday, May 11, 2012

Trzech i pół


Oglądając dzisiejsze obrady sejmu dotyczące ustawy emerytalnej można było tylko załamywać ręce, a powodów ku temu nie brakowało. Wszystko zaczęło się od pani Kopacz, która jakim marszałkiem jest, każdy widzi. Zresztą nie tylko na tym („marszałkowaniu”) skupia się krytyka jej osoby, lista zarzutów opozycji zdaje się nie mieć końca, a sięga aż do katastrofy smoleńskiej i wielokrotnie powtarzanych przez nią kłamstw dotyczących sekcji zwłok etc. Sama zainteresowana ułatwiła dzisiaj pracę swoim oponentom nie wpuszczając na obrady sejmu władz Solidarności. Dlaczego? Ciężko zrozumieć, bo argument, że miało to służyć lepszym warunkom pracy z perspektywy czasu może wywoływać tylko śmiech przez łzy.

Kolejnym tenorem wieczoru został Donald Tusk, który posłużył się sztuczką bardzo efektowną i widowiskową. Wyciągając wypowiedzi braci Kaczyńskich, w których ci mówili o konieczności podwyższenia wieku emerytalnego. Oczywiście były to jakieś pojedyncze cytaty, oczywiście wyrwane z kontekstu i oczywiście ich wykorzystanie było zwykłym trickiem. Nawet jeżeli ktokolwiek mówi o tym, że taka potrzeba istnieje to można to zrobić na wiele sposobów. Chyba, że Donald Tusk na poważnie myśli, że z którejkolwiek z tych wypowiedzi przebija się coś o 67 roku życia i o tym, żeby zrobić to byle przed Euro.

Lecz głównych aktorów było trzech. Na końcu pojawił się Janusz Palikot. Jednak zanim o jego występie, to należy zrobić mały wstęp. Tuż po występie premiera, na mównice wszedł Jarosław Kaczyński, kiedy ten przemawiał usłyszał z lewej strony sali sformułowania, by zadzwonił do swojego brata. Krzyki te były oczywiście poniżej jakiejkolwiek krytyki. Wyprowadzony z równowagi prezes powiedział: „Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne. Ten poziom nieprawdopodobnego chamstwa na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków”. Dotknięty tą wypowiedzią poczuł się inny lider „opozycji”, wywołany już, Janusz Palikot. Krytykował on Kaczyńskiego po czym dopuścił się żenującej wypowiedzi o tym, że przez PiS jest winny śmierci swojego brata, ponieważ kazał mu realizować swoje chore ambicje. Co bardziej kuriozalne nasz „wielkomiejski Lepper” tezy tej bronił w wywiadzie z Andrzejem Mrozowskim. Jeżeli ktoś ma trochę więcej oleju po raz kolejny zastanowi się, czy Palikot wciąż nie działa na rzecz Tuska, uwalniając go od trudnych pytań, ściągając debatę na temat smoleńska. Do przeciętnego Polaka i tak dotrze tylko obrazek „Kaczyński – Smoleńsk”, a w głowie ułoży się komunikat „ten stary pedał tylko o braciszku pieprzy”.

Cichym bohaterem wydarzeń byli również komentatorzy TVN24 i ich goście. Julia Pitera i Andrzej Mrozowski zastanawiali się jak to możliwe, że lider Prawa i Sprawiedliwości dał się sprowokować. Niemożliwe! Po czym dziennikarska gwiazdka opowiedziała anegdotkę o tym, jak do Margaret Thatcher nie dała się sprowokować, gdy ktoś nazwał ją kurwą. Rzucić w kogoś epitetem to niemalże to samo co puścić chamski komentarz dotyczący nieżyjącego najbliższego członka rodziny. Zresztą wypowiedź Kaczyńskiego nie była rzucona w jakimś przesadnym gniewie (typowa wypowiedź konserwatysty, który wychowywał się w czasach sprzed pojawienia się politycznej poprawności). To nie ma jednak żadnego znaczenia, bo w końcu jeżeli, ktoś porównuje Prawo i Sprawiedliwość do NSDAP to praktycznie nie ma i nigdy było z tym problemu. W drugą stronę to jednak coś innego. Na portalu Gazety Wyborczej widnieje już nagłówek „Tusk na poziomie Hitlera? To argument ostateczny, jak "ty głupi". No i oczywiście wypowiedź eksperta: „Jeżeli ktoś się w ten sposób ustawia, to po pierwsze, tworzy wroga, chce, żeby tego wroga nienawidzono, a on sam ma być widziany jak obrońca, który zapobiega strasznej tragedii. To jest bardzo manipulacyjny argument, on nie służy argumentacji, tylko kanalizacji nienawiści”. Zastanawiam się czy dr Jacek Wasilewski równie rzeczowo komentował merytoryczną „mowę miłości” Donalda Tuska z lat 2005-07. Ciekawe co dr Jacek Wasilewski ma do powiedzenia na temat słynnych już argumentów Stefana Niesiołowskiego? Pytania te, jako wynurzenia sfrustrowanego prawicowca,  pozostaną zapewne bez odpowiedzi.

A gdzie w tym całym zgiełku jest miejsce dla emerytur? Jeżeli o mnie chodzi, to uważam, że nie powinno być żadnego państwowego przymusu płacenia jakichkolwiek składek. Faktem jest, że wiele przywilejów emerytalnych to po prostu relikty minionej epoki. Pamiątki po czasach, kiedy mając w domu tatę maszynistę i wujka rzeźnika można było za darmo pojechać ze Szczecina do Rzeszowa na wakacje, a do plecaka schować więcej mięsa niż przeciętna rodzina miała go na tydzień. Inna sprawa dotyczy zaś wieku przechodzenia na emeryturę. W Polsce miejsc pracy nie ma i w tym kształcie ustawy prędzej doczekamy się tragedii (mega-bezrobocie, zapaść demograficzna, zwiększenie się rozwarstwienia społecznego) niż uzdrowienia, chyba i tak już śmiertelnie chorego, polskiego systemu emerytalnego. Ciekawe, gdzie będą zwolennicy 67 roku życia, gdy okaże się za kilka, kilkanaście lat, że bez pracy będzie większość ludzi po studiach i lwia część seniorów w wieku przedemerytalnym. Argument, że żyjemy coraz dużej traktuję jak ponury żart. Przeciętny Polak pracuje więcej, ma gorszą opiekę socjalną i żyje krócej niż przeciętny mieszkaniec Europy Zachodniej. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł by obniżyć koszty zatrudnienia i podatki. Może jak Donald Tusk zatrudni jeszcze drugie 100 tysięcy urzędników, a KRUS jeszcze kilkanaście lat będzie dawał posadki krewnym posłów związanych z PSLem, to na końcu okaże się, że żadna emerytura nikomu nie jest potrzeba, bo można pracować do śmierci. W końcu siedzenie na kanapie z 300 złotymi na miesiąc nikomu na dobre nie wyszło!

Tuesday, December 13, 2011

W trzydziestą rocznicę.

Jak zmienił się Polska przez te 30 lat? Z jednej strony materialnie jesteśmy dzisiaj w innej galaktyce, ale z drugiej, czy o czymś nie zapomnieliśmy? Czy napełniając swoje brzuchy, kupując samochody nie straciliśmy czegoś znacznie cenniejszego niż te wszystkie dobra materialne? Czasami ciężko oprzeć się wrażeniu, iż w imię spokoju gotowi jesteśmy rezygnować ze zbyt wielu rzeczy. Dzisiejsze wydarzenia i te sprzed trzech dekad łączy wiele, pytanie o naszą suwerenność.


Na początku lat osiemdziesiątych dążyliśmy do wolności, autentycznie chcieliśmy jej. Wielu Polaków było gotowych zaryzykować własne kariery, własny spokój, żeby móc mówić, żeby móc być. Nikt nie miał wątpliwości wtedy, że stan wojenny jest najzwyczajniejszym w świecie bezprawiem. Dramatem wielu rodzin, ciosem zadanym nam przez naszych. Czasy się zmieniają. Komunizm w końcu upadł, bo upaść musiał, wysiłek tylu ludzi w połączeniu z niewydolnością gospodarki centralnie sterowanej dał plon. W między czasie wzięliśmy kredyty, kupiliśmy samochody i zapomnieliśmy. Zapomnieliśmy o ludziach, którym to zawdzięczamy, o kościele, który pomagał głosem nie tylko papieża, ale i zwykłych duchownych. Dzisiaj połowa z nas uważa, że stan wojenny był koniecznością, a kościoły to przytułki, w których starzy gniją i są okradani przez tych, którzy tylko czekają na to by dobrać się do naszych dzieci. Dlaczego tak łatwo udało nam się zapomnieć?


Dlaczego nie potrafiliśmy godzić się na dyktat Moskwy, a tak łatwo akceptujemy dyktat Brukseli czy Berlina? Nie potrafię uwierzyć, że wystarczyło żebyśmy napełnili sobie brzuchy i potrafili wyleczyć się z jakieś „manii wolności”. Poddaliśmy się i dziś bez problemu łykamy bajki Tomasza Lisa, że suwerenność jest nutą przeszłości. Wiodąc głos mediów każe nam zapomnieć kim jesteśmy. Jeżeli jest nam obojętne dzisiaj, czy stan wojenny był, czy nie był potrzebny, jeżeli nie przejmujemy się tym, czy budżet będą nam ustalać deputowani Bundestagu, a zielone światło dostaje po raz kolejny rząd, który jest specjalistą w klepaniu się po plecach, to może zwyczajnie nie zasługujemy na wolność?


PS

Pewną pozytywną wiadomością jest fakt, iż w Kambodży postanowiono osądzić przywódców Czerwonych Khmerów Pol Pota. Bez zawracania sobie głowy stanem zdrowia, czy podeszłym wiekiem. Wystarczy chcieć.

Wednesday, October 12, 2011

Powyborcze ABC

Od wyborów z roku 2007 upłynęło już dużo wody w Wiśle. W międzyczasie zdążyliśmy wybrać wybrać swoich przedstawicieli do parlamentu europejskiego, do regionalnych struktur, a nawet zmieniliśmy głowę państwa po tragicznych wydarzeniach z 10 kwietnia 2010. Jednak mijająca niedziela wyjątkowa była z wielu względów, po pierwsze jeszcze nigdy w historii Polski po 89 roku rządząca koalicja nie miała tak wielkich szans na zachowanie swojej wiodącej roli. Po drugie odbyły się one roku po tragedii smoleńskiej, pojawiło się więc pytanie, czy coś w społeczeństwie się zmieniło. Po trzecie wielu komentatorów zastanawiało się na ile zabetonowana jest rodzima scena polityczna, która po trzęsieniu z lat 2005-07 nie dopuszczała piątego gracza (z małym wyjątkiem jaki był czwarty wynik Korwina-Mikke w ubiegłorocznym wyścigu po fotel prezydenta). I w końcu były one wyjątkowe dla mnie jako pierwsze tego typu, w których mogłem wziąć udział. Mijająca niedziela dała, mimo wszystko, więcej odpowiedzi niż znaków zapytania. Oto szybki przewodnik powyborczy sieka90.blogspot.com.
1. Ile i dlaczego?
2. Kluczowe momenty i osoby.
3. Prognoza na przyszłość.

8. POLSKA PARTIA PRACY - SIERPIEŃ '80
1. 0,55% to najgorszy wynik spośród partii startujących we wszystkich okręgach. Nie śledzę losów tej formacji na bieżąco, więc trudno mi określić kto personalnie jest winien temu wynikowi.
2. Absolutny wódz i jedyna "szerzej znana" osoba to Bogusław Ziętek. ciężko jednak wskazać na kluczowy moment w kampanii partii, na którą głosują chyba tylko rodzina, przyjaciele i garstka die-hardów. Wszystkich ich można pomieścić na jednej arenie przyszłorocznego EURO. Nie zmienia to faktu, iż Ziętek miał w debacie dla TVP dużo bardziej merytoryczne wypowiedzi niż taki Wenderlich.
3. PPP to całkowity margines polityki, ale ilość wyborów, w których odnosiła ostatnio druzgocące klęski to 100%. Wydaje się mi się, że ta banda lewicowych (w starym stylu) idealistów zamelduje się również na mecie kolejnych i kolejnych "sprawdzianów demokracji".

7. KONGRES NOWEJ PRAWICY
1. Około 1% to maksymalny wynik na jaki było stać partię Korwina-Mikke. Wbrew temu co przed każdymi wyborami mówi, wejście do sejmu nie było oczywiste. Sprawę mocno pokrzyżowała PKW.
2. Kluczowy moment to oczywiście nie zarejestrowanie KNP na terenie całego kraju, po ostatnich wyborach prezydenckich apetyty urosły, jednak komisja wyborcza zadała straszliwy cios. JKM nie mógł wystartować w Warszawie (a tam z pewnością JEMU trochę głosów by wpadło), w wielu innych miejscach Kongres również nie wystawił kandydatów, do tego doszedł brak bezpłatnego czasu antenowego i efekt psychologiczny działający na niezdecydowanych, którzy mając do wyboru mniejsze zło, a oddanie głosu na formacje nie zarejestrowanym w całym kraju wybierali to pierwsze. Nie czarujmy się, 3% to i tak byłoby zapewne maksimum.
3. KNP to w zasadzie jeden człowiek. Korwin-Mikke może zakładać jeszcze dziesiątki nowych partii, ale dopóki nie zacznie być politykiem, a nie hybrydą sfrustrowanego przedsiębiorcy, publicysty i rozdętego ego nie ma szans na wejście do realnej polityki. A czas najwyższy.

6. POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA
1. 2,19%. Miotał się i krzątał PJN, zmieszanie z Kluzik-Rostkowską, wielki program prorodzinny, umywający ręce lider, w końcu oczko do liberalnego elektoratu. Wszystko na nic, bo wynik nie dający miejsca w sejmie chyba nie może być brany pod uwagę w kategoriach sukcesu. Co zawiodło? Brak znalezienia niszy, oczywiście w Polsce brakuje partii konserwatywno-liberalnej, ale na pewno nie powinni się za jej tworzenie zabierać ludzie, którzy nie potrafią się dogadać nawet co do tak podstawowej rzeczy jak generalny kształt i kierunek formacji.
2. Odejście liderki Kluzik-Rostkowskiej, niesmak i zdziwienie, gdy Paweł Kowal, jako jej naturalny następca, ogłosił, iż nie kandyduje.
3. PJN jako ruch jest raczej skazany na porażkę. Szczerze mówiąc nie sądzę byśmy jeszcze kiedykolwiek usłyszeli o tej partii, wbrew temu co sami mówią, to raczej koniec niż początek drogi. Może w PO znajdzie się dla nich miejsce? Chociaż, biorąc po uwagę slaby wynik eks-liderki rozłamowców w Rybniku, raczej do tego nie dojdzie. Prędzej przeproszą się z prezesem.

5. SOJUSZ LEWICY DEMOKRATYCZNEJ
1. 8,3% to moje jedyne pozytywne zaskoczenie tej kampanii. Dlaczego tak się wydarzyło? Napieralski nie docenił siły nowego rywala na lewicy i zbyt szybko uwierzył w swoją wielkość. Wynik z wyborów prezydenckich uderzył mu do głowy, w której oleju specjalnie nigdy nie było. Pewny siebie Grześ dzielił i rządził popełniając przy tym błąd za błędem.
2. Kiepski lider, o czym wspomniałem w punkcie pierwszym, ale nie tylko. Elektorat postkomunistyczny zaczyna wymierać, w Polsce lewica może uzyskać solidny wynik tylko jeśli jest "europejska", kierownictwo SLD wciąż myślało, że to nuta przyszłości. Do tego dochodzi rezygnacja Romana Biedronia, odbicie przez przeciwnika medialnego Arułkowicza, oparcie się na politykach starej daty, często skompromitowanych jak Miller, może być pozytywnie odbierane tylko w wąskim elektoracie. No i ten nieszczęsny wypad z córkami do sklepu, czy wyliczenie kosztów obietnic Napieralskiego. Klęska panie! W dodatku o "sposób bycia" byłego lidera SLD specjaliści od PR mogliby pisać "Jakim być nie należy".
3. Napieralski szefem SLD już nie będzie. Kalisz z czwartym wynikiem w Warszawie raczej nowym nie zostanie. Zresztą jego chętnie przygarnąłby RP albo PO. Starzy wyjadacze w stylu Iwińskiego, czy wspomnianego Millera będą gwoździem do trumny. Wojciech "Łelkam Ewrybady" Olejniczak to raczej pocieszna fajtłapa niż urodzony wódz. Więc może powrót do korzeni? W ciężkich dla lewicy czasach, 30 lat temu sprawdził się towarzysz Jaruzelski. W obecnym kształcie przed SLD widzę czarne chmury.

4. POLSKIE STRONNICTWO LUDOWE
1. 8,4%, dlatego co zwykle. PSL to w końcu dobry koalicjant i "super działacze lokalni". Dopóki KRUS będzie istniał, dopóty rolnicy wybierać będą do jego obrony PSL, a nie nową Samoobronę. Szczęście w nieszczęściu?
2. Może w tym wyniku pomogły "nowoczesne" spoty? Może dobry rezultat wyborów samorządowych? Ciężko wskazać mi cokolwiek kluczowego, co byłoby jakimś zaskoczeniem, czy punktem zwrotnym.
3. PSL okaże się być partią finansowaną przez tajwański wywiad i wystąpi o uznanie Czang Kaj-Szeka honorowym prezydentem Polski. Waldemar Pawlak stanie na czele wojskowego puczu w Birmie i przyłączy ten skrawek Azji do naszej nadwiślańskiej ziemi. Kalinowski ogoli wąsa, Jolanta Fedak okaże się mężczyzną, Żelichowski umrze w wieku 256lat. Mam jeszcze drugą prognozę: PSL będzie uzyskiwać wynik ok. 5-10% i do końca świata pozostanie koalicjantem marzeń.

3. RUCH PALIKOTA
1. 10% to absolutna sensacja. Zastanawiam się na ile faktycznie Polacy chcą tych wszystkich rewolucji obyczajowych, a na ile część wyborców jest po prostu skrajnie rozczarowana rodzimą polityką. Inna sprawa, że wulgarny i chamski Palikot raczej jej standardów nie podwyższy.
2. Sukces ma jednego ojca. Janusz Palikot chce demontować i przemeblować Polskę. Obok interesujących postulatów są takie absolutnie nie do przyjęcia. Moment kluczowy? Transfer Biedronia? Trudno określić, natomiast jest oczywiste, że mniej więcej w tym momencie poparcie zaczęło rosnąć. Euforia w sztabie po ogłoszeniu wyników pokazuje, że nawet kapitan drużyny się 10% wyniku nie spodziewał.
3. Wszystko zależy od tego czy RP będzie wykorzystywany przez PO. Konserwatywne skrzydło rządzących się wzbrania, ale jak wiadomo, w ekipie Tuska można powiedzieć wszystko i zrobić nic. Populizm ma chyba mimo wszystko krótkie nogi, a nie znam kompetencji np. sąsiadki Palikota, która słynie tylko z tego kim jest jej sąsiad.

2. PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ
1. 30% to wynik niezadowalający, daleki od totalnej klęski, ale fakt uniknięcia porażki zwycięstwem nie jest. Zawinił kiepski finisz i słaba pozycja startowa.
2. Kampania PiSu była prowadzona bez zarzutu, jednak wydaje się, że to co stało się z wpisem w książce na temat kanclerz Niemiec (jej rozdmuchanie i przeinaczenie, dopisywanie ukrytych znaczeń) mogło mieć wpływ na ostateczny wynik. W końcu wcześniej różnice sondażowe wynosił kilka procent. Bez znaczenia nie pozostała również wypowiedź Hoffmana o posłach PSL. Nie pomogły ani aniołki prezesa, ani zmiażdżenie Tomasza Lisa w jego programie. A zwrot "z jakiej jest pan redakcji?" to kontynuacja "oni stali tam gdzie stało ZOMO". Zabrakło koncentracji.
3. Raczej nie dojdzie do żadnej zmiany władz, ale jeżeli za 4 lata w Warszawie nie powtórzy się Budapeszt to na prawicy będzie się działo. Kto mógłby zastąpić prezesa? Wieczny delfin Ziobro?
Miejmy nadzieję, że geografia nie będzie stać tam, gdzie ZOMO, a tam gdzie prezes.

1. PLATFORMA OBYWATELSKA
1. 40% głosów to wielki sukces polityki nijakości, nic nie robienia. Wykorzystanie amnezji i marazmu społeczeństwa, o czym nie raz pisałem. PO wygrało, przegrać nie mogło. Z takimi plecami? Od Wojewódzkiego do Wajdy, od TVP po TOK FM.
2. Nie było kluczowych momentów. Tusk wygrał głównie dzięki wysiłkom mediów, które dwoiły się i troiły by stworzyć alternatywną wersję rzeczywistości i nie oddać władzy PiSowi. Ktoś ma wątpliwości? Niech przypomni sobie co było, gdy ktoś na chwilę przestawił słynną wajchę. Słupki sondażowe spadały gwałtownie jak nigdy. A gdy Meller ogłosił, że na PO nie będzie głosować? Musiał wszystko odkręcić i zaprosić do siebie premiera, by w żenujący sposób odwołać swoje wcześniejsze zapowiedzi. No i przykład z wypowiedzią Kaczyńskiego o Angeli Merkel.
3. Miejmy nadzieję, że druga kadencja będzie nieco bardziej pracowita, a reformy zostaną przeprowadzone. Jeśli nie to czeka nas los drugiej Grecji. Ja osobiście wolałby żeby skończyło się tylko na Budapeszcie. Ale kto wie, może wydarzy się cud i PO wróci do swoich korzeni, konserwatywno-liberalnej partii, którą była w opozycji. Pomarzyć można. Jeśli Platforma przegra to czeka ją rozłam, formacja ta opiera swoje istnienie tylko na władzy, inaczej nie dało by się wcisnąć do jednego worka Gowina i Rosatiego. Bądźmy dobrej myśli, ale pełni rozumu.

Wednesday, September 28, 2011

O tym i tamtym.

http://www.mlodzisocjalisci.pl/f/viewtopic.php?t=12417&postdays=0&postorder=asc&start=30

Poszukajcie sobie wpisu o Solidarności użytkownika wakemaniak, konkretnie tego fragmentu:

Na sam koniec zapodam pewną anegdotkę:
Niedawno własnej matce powiedziałem, że komuna była w miarę spoko tylko żarcia i innych towarów w sklepach brakowało. Ona na to, że jej matka (moja babcia) pracowała w sklepie i nie było z żarciem źle. I ja wtedy zapytałem matkę wprost:
- To po co mamie była cała ta zabawa w Solidarność?
Ona nic nie odpowiedziała bo po 30 latach zrozumiała swoją młodzieńczą głupotę w pełnej krasie.”

Intrygujące, że takie rzeczy wypisują ludzie młodzi. Choć wydawać by się mogło, że za komuną tęsknić mogą jedynie byli dygnitarze i ludzie, którzy dzięki staremu systemowi mieli różnorakie korzyści, mundurowi etc. Jak widać polityka „grubej kreski” i brak rozliczenia się ze swoją najbliższą przeszłością sprawia, że państwo zaczyna wydawać zepsute owoce. Młodzi Polacy mają poważny problem z najnowszą historią. Zakładam, że przytoczony powyżej wpis jest produktem jakiegoś nastoletniego buntownika, który za kilka lat będzie palić się ze wstydu – na czerwono oczywiście – gdy ktoś mu o nim przypomni. Problem w tym, że wcale nie musi być on wytworem młodzieńczej potrzeby „wyszumienia się”, przecież dezawuowanie zasług obozu solidarnościowego i dzielenie go na „lepszy” i „gorszy” jest już faktem od samego upadku komuny. Blisko 10 lat temu jedna z ikon obywatelskiego zrywu z lat 80 – zmarła w Smoleńsku, Anna Walentynowicz – musiała, z uwagi na ciężką sytuację materialną, prosić o odszkodowanie, a przecież to tylko przykład, z resztą osoby, której imieniem powinno raczej nazywać się szkoły, czy ulice. Co w tym czasie robią współtworzący tamten system? Z tego co wiem Kwaśniewski był prezydentem, a Jaruzelski jest dziś postacią niemalże pozytywną. Nie mówiąc już o rzeszy postkomunistów w bieżącej polityce.


I oczywiście pół biedy jeżeli takie rzeczy pisze rozemocjonowany gimnazjalista w koszulce Che Guevary, który nie tknął w życiu „Manifestu komunistycznego”. Gorzej jeżeli takie rzeczy między wierszami piszą i mówią osoby „poważne”. Przez 20 lat nie udało się tknąć emerytur byłych ubeków i esbeków. Michnik po obaleniu PRL stał się obrońcą „socjaldemokratów”, a w jego Gazecie Wyborczej publikowane są takie wywiady jak ten z Aung San Suu Kyi, birmańską opozycjonistką, która – nie mam pojęcia, czy to zwykła ignorancja, czy brak świadomości i rozeznania się w polskich realiach – mówi o Jaruzelskim, iż mógłby być wzorem do naśladowania dla generałów trzymających w ręku jej kraj. 22 lata po upadku komunizmu w Polsce Wojciech Ziemilski, promowany przez Krytykę Polityczną, wystawia w ramach Kongresu Kultury, sztukę o prześladowaniach jakie spotkały jego dziadka z powodu opublikowania przez IPN, iż działał w służbach mundurowych PRL. Trudno oskarżać KP, że jest jakimś odosobnionym głosem kilku nastolatków z forów internetowych, skoro trzymała pieczę nad różnymi imprezami w ramach polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a z tejże otrzymuje zresztą sute dotacje. Ciężko zrozumieć mi młodych ludzi, którzy są gotowi spijać z ust Sierakowskiego, każde słowo, każdy modny slogan o aborcji, gejach i laickim państwie, ale nie są w stanie zauważyć tak oczywistego przykładu idiotyzmu – bo rzeczy trzeba nazywać po imieniu. Dziadek Ziemilskiego powinien raczej cieszyć się, że w Polsce nie było żadnej „Norymbergii”, a jego wnuk mógłby swoje osobiste frustracje zachować dla siebie, a nie próbować wciskać ludziom kit i mieszać w głowie młodym. Zło jest złem i tak trzeba o nim mówić, bez względu na sympatie.

„Generała Jaruzelskiego uważam za postać kryształową, człowieka honoru i wielkich zasług„ – To już nie jest cytat z żadnego undergroundowego forum, to wypowiedź działaczki LGBT, która otrzymała order „Człowieka Tęczy”, została zgłoszona jako kandydatka do Nagrody Nobla, a także dziennikarki „Trybuny”, czy „Faktów i mitów” - Marii Szyszkowskiej – senatorki z ramienia SLD. I pojawia się pytanie, czy naprawdę więcej kobiet w polityce polepszy jej jakość? Patrząc na powyższą wypowiedź śmiem wątpić. Tymczasem na Kongresie Kobiet Henryka Bochniarz ogłosiła, że wprowadzenie parytetów płci na listy było dobrym rozwiązaniem, ale trzeba pomyśleć o dalszym ułatwieniu dostępu kobietom do polityki, czyli metodzie suwakowej. Miałoby to polegać na naprzemiennym umieszczaniu przedstawicieli obu płci. Pomysł, cokolwiek by nie powiedzieć, kuriozalny.

Nie wiem czy była kandydatka na prezydenta RP (w wyborach uzyskała ledwie 1,26% - czyżby ciemiężone kobiety nie mogły wybrać swojej kandydatki?) sama wierzy w to co mówi. Generalnie idea parytetów wydaje się być dość KONTROWERSYJNA. Osobiście gdybym był kobietą czułbym się dość poniżony(a), że ktoś mi robi łaskę i mam robić za zapchaj-dziurę, a na liście jestem, bo rachunek musi się zgadzać. Udało się Suchockiej, Gilowskiej, Szczypińskiej, Thachter, Palin - tak można by było wymieniać w nieskończoność - i udało im się bez żadnych idiotycznych parytetów. Dlaczego nie zrobić parytetów ze względu na wzrost, wagę, długość włosów? Dobra kobieta da sobie radę i bez traktowania jej jak osoby piątej kategorii – to jest fakt, a ze słabej posłanki będzie tyle samo pożytku co słabego posła dla interesu państwa płeć nie ma żadnego znaczenia. Zresztą patrząc na panią Bochniarz, Szyszkowską, czy Magdelenę Środę, która ostatnia stwierdziła, że sama ma czasami ochotę podrzeć Biblię, gdyż jej fragmenty nawołują do przemocy (kandydatka Palikota na ministra edukacji) – to zastanawiam się czy faktycznie potrzeba nam więcej czerwonych, wyemancypowanych kobiet, które cenią sobie wolność, ale tylko od pasa w dół. A wolność to nie są ściany bez krzyży, z góry narzucony podział płci na kartach do głosowania, czy chodzący bez konsekwencji oprawcy dawnego reżimu po ulicach. Wolność to znacznie więcej.

Friday, September 2, 2011

Brain on/ Brain off

Justyna Pochanke zapewne o mały włos nie eksplodowała w duszy wczoraj w trakcie wywiadu ze Zbigniewem Ziobro, kiedy ten zaczął z delikatnym uśmiechem wyliczać jej różne manipulacje mające miejsce na antenie TVN 24. Trzeba przyznać, że przynajmniej jeden "Zbychu" jest "spoko" w rodzimej polityce. Pani redaktor próbowała wcześniej zrozumieć pokrętną prawicową logikę i drążyła dlaczego Prawo i Sprawiedliwość nie chce przystąpić do debaty organizowanej przez jej telewizje. Delfin PiSu niewzruszony odparł, że stacja jest nieobiektywna. Justyna Pochanke udawała bardzo zaskoczoną, piszę udawała tylko dlatego, że wierzę w inteligencję pani redaktor, wierzę, że "rżnęła głupa". Dla polityków prawicowej opozycji występujących w stacji Waltera ważny jest refleks, czasami ma on kluczowe znaczenia dla kształtu dyskusji, jeśli "katolicka żmija" próbuje odpowiadać zbyt wolno może być pewna, że dziennikarz wejdzie jej w połowie zdania i zada kolejne pytanie w wypadku gdyby odpowiedź okazała się zbyt konkretna i merytoryczna. Jednak Zbigniew Ziobro jest zaprawiony w boju, błyskawicznie odparł on, iż PiS nie będzie brał udziału w debacie prowadzonej przez Katarzynę Kolendę-Zaleską, która wcisnęła w usta prezesowi Kaczyńskiemu nigdy nie wypowiedziane słowa o "prawdziwych" Polakach. Justyna Pochanke zaczęła zmieniać temat i mówić coś o prawach demokracji, że debaty są solą wyborów, bełkot jednym słowem. Ziobro chwycił wiatr w żagle i zaczął drążyć, dlaczego TVN 24 nigdy nie przeprosiło pomówionego prokuratora z Katowic, Justyna Pochanke próbowała odbić piłeczkę i pytała dlaczego jej rozmówca nigdy nie przeprosił kogoś innego, ten szybko odparł, że wyrokiem sądu był zobowiązany tylko do pisemnych i ten wyrok wypełnił.

Niedługo potem Monika Olejnik gościła Andrzeja Urbańskiego. Diva polskiego dziennikarstwa ostoją obiektywizmu również nigdy nie była, więc przepychanki zaczęły się bardzo szybko. Gdy były szef TVP przyznał, że debata o służbie zdrowia będzie farsą ponieważ przedstawiciele PSL i PO nie mają się o co kłócić, a Balicki od 15 lat mówi to samo, panią redaktor przeszły ciarki i zaczęła tryskać ironią "Jarosław Kaczyński pana może zaskoczyć rozumiem?". Intrygujące jak bardzo uspokoiła się prowadząca "Kropki na i", kiedy na "pytaniostwierdzenie": Rozumiem, że PiS zatrzyma kryzys? - Urbański odparł, iż jego zdaniem idealnym ministrem finansów byłby Marek Belka.

Zdecydowanie za dużo oglądam ostatnio TVN 24, ale ciekawość jest silniejsza. Żegnałem się z tą stacją mniej więcej wtedy, gdy odwracałem się od Platformy Obywatelskiej, czyli jakoś powiedzmy ze trzy lata temu. Od tego czasu stacja Waltera niewiele się zmieniła. Rzuciłem okiem na jakąś debatę dziennikarzy (?) (Dekada Zmian, czy coś takiego), akurat wspominali sytuację z agentem Tomkiem i posłanką Sawicką, jedynym z jakiś pięciu redaktorów, który przyznał, że Sawicka łapówki nie powinna była brać był Morozowski, reszta przypominała, że pieniądze do ręki jej niemal wciśnięto i to tylko w celach politycznych. Zaznaczono, że miały być prowadzone teczki opozycji i zbierano haki, przemilczano natomiast sytuację, kiedy za rządów PO podsłuchiwany był prezydent Kaczyński. Muszę przyznać, że szybko przełączyłem bo poczułem rodzaj jakiegoś zażenowania.

Chociaż muszę przyznać, że wcześniej śmiałem się do rozpuku oglądając Szkło Kontaktowe ciekaw jak dzisiaj dokopią kaczorom. Ryłem się jak ostatni dekiel z każdej najmniejszej wpadki ówczesnego prezydenta, lub premiera. Jest mi trochę wstyd, że nie potrafię dziś tak histerycznie reagować na różne bigosy Komorowskiego, czy Dolomity Tuska. Dzisiaj potrafię wyliczać przekłamania rządu i kilku największych mediów w Polsce. Wyliczanką tą mogę się podzielić z osobami, które chcą tego słuchać, czyli z nikim, bądź z kimś, kto wzbogaci moją wiedzę o trzy przykłady więcej. Bo nikt nie chce słuchać, bo nikt nie chce rozmawiać, bo każdy ma prawo do własnej opinii, bo nikt nie może jej negować, a nawet jeśli to nikt nie musi tego słuchać. Mamy grzmiącego Kalisza, który mówi o IV RP jak o państwie faszystowskim i bezrozumną masę, która to łyka. Nikt nie zwraca uwagi na to, że za rządów PO ilość podsłuchów wzrosła kilkakrotnie, że wchodzi się do studenta prowadzącego stronę internetową, ale wszyscy pamiętają menela z Warszawy, który przy zatrzymaniu przez policję zaczął wyzywać prezydenta, który był sądzony tylko dlatego, że był recydywistą, nikt nie pamięta, że Lech Kaczyński chciał umorzenia tej sprawy.

Krajobraz polskiego społeczeństwa po 4 latach rządów Tuska jest tragiczny. Nikt nie będzie w szoku jeśli PO wygra kolejne wybory. Jesteśmy coraz głupsi, cieszymy się ze wzrostu PKB, mimo że jest on okupiony miliardowymi stratami i kreatywną księgowością Rostowskiego, radujemy się, że Polska zaczęła być traktowana jako równorzędny partner międzynarodowy i nikt się z nas już nie śmieję. Zapominamy, że prezydencja w Unii to farsa i w zasadzie same wydatki, raczej obowiązek niż zaszczyt, że Rosja i Niemcy zbudowały gazociąg, zagrażający nie tylko znaczeniu portu w Świnoujściu, ale i naszemu bezpieczeństwu energetycznemu. Udajemy, że nie widzimy jak gwałtownie ochłodziły się nasze stosunki z Czechami, Litwą, Ukrainą czy Gruzją. Ignorujemy kolejne afery, ktoś pamięta jeszcze katarskiego kupca, chińskiego inwestora, czy "Rycha" i "Zbycha" (nie, nie Ziobro)? Całą Polskę, jak długa i szeroka, ogarnął jakiś rodzaj hipnozy, jakaś tajemnicza amnezja. Do lokalnych siedzib PiSu mogłoby wejść jeszcze dwudziestu "wariatów" postrzelić jeszcze czterdziestu "wyznawców Kaczora", kolej mogłaby stanąć na dwa miesiące, metr kwadratowy autostrady mógłby kosztować miliard złotych, ceny mogłyby podskoczyć siedmiokrotnie, Rosja mogłaby zagarnąć Olsztyn, Niemieccy żołnierze mogliby spacerować po Gdańsku, Tusk mógłby zdenerwować się jeszcze trzysta razy, obiecywać, że w następnej kadencji zlikwiduje kościół i zniesie podatki, że wdroży reformy, które wcześniej blokował Kaczyński, a których od półtorej roku nikt już nie blokuje - reformy, których nie ma, Hall może rozebrać się dla Playboya ("Ktoś był niegrzecznym uczniem?"), Sikorski może napisać na Twitterze, że właśnie ma sraczkę, a ta Platforma, bez programu, bez pomysłu, bez idei i tak wygrałaby wybory.