Wednesday, March 12, 2014

Czy warto umierać za Ukrainę?

   Nawet pośród najróźniejszego politycznego hipsterstwa rzadko można spotkać się z opinią, iż Polacy niepotrzebnie angażują się w sytuację na Ukrainie. Ta jednomyślność blogosfery i klasy politycznej jest budująca i stanowi ciekawy przykład rzadkiego w naszej historii zjednoczenia ponad podziałami.
Oczywiście są pęknięcia i część głosów ostrzega przed neofaszyzmem, przypomina trudną historię (rzeź wołyńską) i pyta się po co takie zaangażowanie. Czy warto umierać za Krym? Stanowisko to jest jednak - NA SZCZĘŚCIE - w mniejszości, a wpływy tych komentatorów można porównać do wpływów Polskiej Partii Pracy w Sejmie - żadne.

   Cieszy, że Polska po raz kolejny stara się zostać głosem Europy Wschodniej i jako największy i najstabilniejszy kraj w regionie przejmuje, nieobsadzoną od jakiegoś czasu, rolę lokalnego lidera. Tak było przecież, kiedy Aleksander Kwaśniewski, pomiędzy swoimi kolejnymi żenującymi pijackimi wpadkami, wspomógł Pomarańczową Rewolucję. Pałeczkę przejął Lech Kaczyński zatrzymując kolumny rosyjskich wojsk zmierzających do Tbilisi, kiedy w 2008 roku postanowił udać się do stolicy Gruzji słusznie zakładając, iż Putin nie będzie atakować miasta, w którym znajduje się głowa państwa z Unii Europejskiej (zdaniem niektórych dlatego prezydent RP musiał umrzeć).

   Ostatnie lata to coraz cięższa atmosfera w stosunkach z Wilnem, wasalna momentami postawa wobec Moskwy i przede wszystkim totalna obojętność wobec jakichkolwiek działań na wschodzie. W przypadku wydarzeń w Kijowie, początkowo jeszcze można było mieć wątpliwości co do tego jak zachowa się klasa rządząca w Polsce. Nieszczęsny, a może po prostu głupi tweet ministra Sikorskiego został jednak zamieciony pod dywan późniejszą postawą.

   Co jakiś czas w mediach pojawia się porównanie Putina do Hitlera. Sam zresztą mogę się przyznać, że to samo skojrzanie przychodziło mi do głowy, kiedy konflikt dotyczył jeszcze Gruzji. Podobnie jak wódz Trzeciej Rzeszy tak Władymir Władymirowicz jest urodzonym hazardzistą. Adolf Hitler nie zdawał sobie sprawy z tego, kiedy wybuchnie wojna i z kim będzie musiał ja prowadzić, próbował układać się tak z aliantami zachodnimi jak i Związkiem Sowieckim, żonglował ideologią w zależności od potrzeb. Polacy mogli iść ramię w ramię z Niemcami na wschód. Nie poszli, a 23 sierpnia 1939 podpisano pakt z Moskwą i wczorajszy wróg był dzisiejszym przyjacielem. Hitler nie wierzył, że po zajęciu Nadrenii, Austrii, Czechosłowacji i Kłajpedy ktoś będzie chciał umierać za Gdańsk, a jednak już 1941 walczył z całą resztą świata. Tak samo jak Putin, który od początku swojej prezydentury cały czas obstawia i nie mając zbyt dobrych kart udało mu się spacyfikować Gruzję, poprowadzić rurociąg po dnie Bałtyku, a teraz przyszedł czas na Ukrainę, którą Rosja już raz wydawało się, że straciła.

   Pytanie dlaczego do tej pory zachód nie miał nic przeciwko tej kremlowskiej grze nasuwa się samo. Gruzja to jednak dla większości Europejczyków już Azja, teren gdzieś tam za górami, za morzami, a rurociąg po prostu się opłacał.

   Co jakiś czas wspomina się, że Ukraińska niepodległość i niepodzielność jest gwarantowana przez Wielką Brytanię czy USA, ze względu na fakt, iż Kijów oddał cały swój arsenał nuklearny. Jeśli po 16 marca Krym faktycznie stanie się częścią Federacji Rosyjskiej to będzie to oznaczało, iż nie warto jest się rozbrajać, a broń atomowa jest najpewniejszym gwarantem bezpieczeństwa granic. Chociaż wypada napisać, że wtedy zostanie to ogłoszone na głos, bo każdy kto ma głowę na karku wie, że lepiej mieć kilka głowic nuklearnych niż papierek z podpisem prezydenta jakiegokolwiek mocarstwa. Dlatego właśnie zachód i Polska musi reagować. Żeby nie zaprzepaścić wiary innych w to, że możemy pomóc, że jesteśmy warci czegokolwiek.
Posiadam pełną świadomość tego, jak wyglądała sytuacja w Iraku czy Kosowie. Na mocy tamtych decyzji można powiedzieć, że dzisiaj Waszyngton czy Unia Europejska nie ma prawa zabraniać Putinowi jego gry na Krymie, gdyż głowa Rosji po prostu podpatrywała zachód w jego wcześniejszych poczynaniach. Jest to przykre, ale nie powinniśmy załamywać się i płakać, że sprawiedliwość może nie być po naszej stronie, bo to MY tworzymy sprawiedliwość. Nie żyjemy w jakieś relatywistycznej utopii, gdzie żaden fakt nie jest pewny i wszystko można podważyć. Mamy prawo i powinniśmy mieć i chronić swój system wartości i wdrażać go wszędzie tam gdzie jest to konieczne. Jest to hipokryzja, ale nie gramy z bezimiennym kimś, po drugiej stronie szachownicy jest były oficer KGB, któremu w trakcie jego służby prawdopodbnie przyszło kogoś zabić, a który dzisiaj się pyta "Co to ma być, że demokratycznie wybrana głowa państwa została obalona przez tłum, co to za obyczaje?". Zgoda, styuacja w Kijowie powinna była się rozwiązać inaczej, ale Putin nie jest żadnym gwarantem przestrzegania praw człowieka, czy choćby jakieś normalności. Rosja nie jest normalnym miejscem. Bo to MY tworzymy definicje normalności.

   Oczywiście, że nie wszystko u nas (w UE ogólnie, na szczęście jeszcze nie w Polsce) jest godne naśladowania. To przykre jak zachodnia Europa przyjmuje z otwartymi ramionami i wdraża eksperymenty inżynierii społecznej. Jak w Niemczech sprzedaje się kościoły i robi w nich skateparki, albo meczety (!!!), jak w Belgii legalizuje się eutanazje dla dzieci (!!!), jak w Paryżu łatwiej znaleźć Araba niż białego Francuza. Żeby sprawa była jasna, nie uważam, że powinniśmy zastrzelić wszystkich Muzułmanów, załadować wszystkich murzynów na statki i one way ticket to Africa. Nie uważam żeby Żydów, gejów czy kogokolwiek trzeba była wysyłać do gazu, ale uważam, że idzie TO WSZYSTKO jednak w złym kierunku. Może dlatego, że za dużo ludzi w Europie Zachodniej uznało, że koniec wojen na świecie, że teraz publiczne pieniądze zamiast na biednych, wojsko czy infrastrukturę będzie przeznaczać się na animal studies, gender studies i finansowanie samozwańczych think tanków dyskutujących o marksizmie. Nie żyjemy w raju i nie wszystko jest super, ale i tak jest to jedno z najlepszych miejsc do życia, z którym konkurować mogą ewentualnie Stany czy (jeszcze bardziej ewentualnie) Australia.

   Dlatego musimy się obudzić dopóki można Putina i jemu podobnych obalić bez wojny, bo on nie tylko konserwuje u siebie imperium zła, ale odmawia innym prób wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji korzystając z gazu i ropy i zachowując się jakby wszystko mu było wolno. A nie wszystko mu wolno.  Bo to Rosja jest dużo bardziej zależna od Unii niż nam się wydaje.

   Dlatego dzisiaj w obowiązku nas wszystkich jest walczyć o jakiekolwiek formy nacisku na Moskwę, sankcje, izolacje międzynarodową czy nawet zbrojne wstawienie się za Kijowem. Rosja nie jest mocarstwem jakie udaje. Rosyjska armia nie jest w stanie konkurować z NATO, a tamtejsza gospodarka tkwi w erze kolonializmu, sprzedając nieobroniony surowiec. Nie możemy bać się Rosji i udawać że Moskwa Putina to Moskwa Stalina.

   Gra o Krym jest grą o prestiż. Zachód może pokazać, że Europa coś jeszcze znaczy na świecie, a pogłoski o jej śmierci są przedwczesne, USA na kilka kolejnych dekad może pozostać największym mocarstwem i ostatecznie "wykończyć" Związek Sowiecki bis, jakim dzisiaj jest Imperium Putina, przecież popularność Putina polega tylko na tym, że konserwuje fałszywe przeświadczenie swoich poddanych o własnej potędze. Bez tego, a więc dziś bez Krymu, król będzie nagi. Jeśli zaś UE będzie próbowała się układać (co jest prawdopodobne) to na miejsce konferencji pokojowej proponuję Monachium albo Jałtę (i oczywiście bez przedstawicieli Ukrainy).

PS
Taka mała ciekawostka jak zajadle broniłem Rosji jeszcze 5 lat temu http://sieka90.blogspot.com/2009/12/rp-fr.html

Monday, February 24, 2014

(Czy) Tęsknie za Tobą Żydzie (?)

   Minione stulecie było czasem, kiedy ludzkość dokonała olbrzymiego skoku cywilizacyjnego, a jednocześnie na ten okres przypadają największe bestialstwa jakie widziała nasza planeta w ciągu całego swojego istnienia. Historia Holocaustu jest jedną z tych, o których zwykło się mówić najwięcej. Całe wyczerpujące tomy napisali profesorowie żyjący we wszystkich zakątkach globu. W Polsce ostatnio zapanowała dziwna moda na samobiczowanie się z powodu domniemanego rodzimego antysemityzmu, czy słusznie?

   Nie sposób porównywać cierpienia ludzkiego, niezależnie od tego ile osób zmarło i jakie były tego powody, zawsze jest to wielka tragedia. To nie są setki tysięcy, czy miliony anonimowych osób, to zawsze jest katastrofa dla rozbijanych rodzin i wspólnot. Z perspektywy świata zachodniego, gdzie wciąż raz po raz pojawiają się "polskie obozy śmierci" niewątpliwie Holocaust stał się symbolem. Symbolem, który przyćmiewa inne tragedie i to już jest nie do przyjęcia. Zwłaszcza dla ludzi z naszego regionu Europy powinno to budzić sprzeciw. Dlaczego jedna tragedia ma być przyjmowana za pewną, niezaprzeczalną, a jej negacja jest ścigana z urzędu podczas, gdy inne pozostają poddawane pod wątpliwości.

   Interesujące jak świat zachodni doskonale i na każdym kroku uchyla się przed jakimkolwiek konfliktem z Izraelem, bądź jego obywatelem nie chcąc by przylgnęła do kogoś łatka antysemity, która rozdawana jest za każdy atak, niezależnie na jakim podłożu na obywateli pochodzenia żydowskiego. Dlaczego Polacy, którzy przecież najdłużej musieli znosić wojenną zawieruchę i byli świadkami najtragiczniejszych nazistowskich eksperymentów, godzą się dzisiaj na umniejszanie swojego cierpienia jednocześnie szukając czarnych kart swojej historii w miejscach taki jak Jedwabne, gdzie oczywiście nie ma być z czego dumnym, zabijanie zawsze jest wyrazem najczystszego bestialstwa i zawsze zasługuje tylko na potępienie. Jednak przekaz jaki płynie z tego jest co najmniej zakłamany. Jeśli mówimy o tym konkretnym przypadku to bardziej niż jakiś abstrakcyjny antysemityzm można naszych rodaków oskarżyć o krwawy odwet. Nikt nie mówi, że żyjący tam Żydzi witali nową radziecką administracje w innych nastrojach niż Polacy, że szybko zaczęli współtworzyć komunistyczne służby porządkowe. Liczy się tylko, że zamordowali więc pomagali Niemcom, więc są współwinni Holocaustowi jako antysemici. Oczywiście nie próbuję nikogo tutaj wybielić, stwierdzić, że nic się nie stało. Stało się, ale wielkość strat i kontekst w jakim tych straszliwych czynów dokonano sprawia, że mówienie przy tej okazji o pomaganiu nazistom i rasistowskim podłożu jest nieadekwatne.

   Do myślenia zmusza mnie również, zwłaszcza przy okazji niedawnych wydarzeń, jak niewiele świat wie o historii Ukraińców. W tym wypadku należy odnotować, że od zamierzchłych czasów, kiedy mowa była po prostu o Rusi, nasi wschodni sąsiedzi nigdy nie doczekali się stabilnego i niepodległego państwa. Jeśli nie liczyć okresu po upadku sowieckiego imperium i jeśli można o współczesnej Ukrainie mówić w tych kategoriach oczywiście. Duża część zachodniego świata zwlekała z uznaniem wolnej republiki ze stolicą w Kijowie, gdy tymczasem biorąc pod uwagę proporcje zbrodni w XX wieku, żadna europejska nacja nie zbierała takich batów. Sam Wielki Głód z lat trzydziestych pochłonął liczbę ofiar porównywalną z Holocaustem i to tylko w ciągu jednego roku (trwał dłużej), a przecież nie była to żadna katastrofa naturalna tylko specjalnie wywołane i wyreżyserowane na Kremlu ludobójstwo. Nie mówiąc o ofiarach jakie Ukraińcy ponieśli na późniejszej wojnie (Norman Davies szacuje na 8 milionów), daje to liczbę dwu, być może nawet trzykrotnie przewyższającą liczbę ofiar Holocaustu. A mimo to Wielki Głód nie jest uznawany powszechnie na zachodnie za ludobójstwo, a przez długi czas mówiono o nim jako o antysowieckiej propagandzie. Mówiąc o uznaniu za ludobójstwo to wśród krajów, które go tak nie postrzegają możemy znaleźć Niemcy, Francję, Wielką Brytanię czy kraje skandynawskie. Sposób w jaki traktuje się tragedię Holocaustu, a koszmar Ukraińców nie znajduje po prostu porównania.

   Mówiąc o wschodnim sąsiedzie i wracając do biczowania się polskim antysemityzmem, to znamienne jest, że najgłośniej o potrzebie "zmierzenia się z własną historią" (i przedstawiania jej w ten niezbyt prawdziwy sposób) mówią ci sami ludzie, którzy dziwią się, że w naszym narodzie wciąż panuje potrzeba szukania przeprosin od Ukraińców za rzeź na Wołyniu. Po co odgrzewać ten stary konflikt? Ciekawe czy długo myśleli jak na tej samej płaszczyźnie rozpatrywać pogrom od 354 (wg. IPN)  do maksymalnie 2000 ofiar (wg. Grossa), a zamordowanie ponad stu tysięcy Polaków na Kresach? Zastanawiające jakie kryteria musi spełniać zbrodnia żeby warto było o niej mówić, skoro nie chodzi o liczby, nie chodzi o podtekst, to czy najważniejsza jest narodowość ofiar?

  Inną historią jest rzeź Ormian przez Turków. Liczbę ofiar szacuje się nawet na 1,5 mln ludzi (czyli połowa dzisiejszej populacji Armenii, a i to tylko w latach 1915-18, pogromy po kilkadziesiąt tysięcy ofiar zaczęły się już pod koniec wieku XIX), mimo to nawet tutaj nie ma pełnego uznania ludobójstwa przez świat zachodni (wyłamały się takie kraje jak Norwegia czy Finlandia).

  Najsmutniejsze w całej tej historii jest to, że wciąż znajdują się ludzie, którzy uważają, że ZSRR był pokojowo nastawionym mocarstwem, a wszelkie próby przedstawiania niezbitych faktów uważają za propagandę, na zachodnich uniwersytetach długo panowała moda na czerwone książeczki Mao ("Wielki Skok" kosztował Chiny głodową śmierć od 10 do 43 milionów ludzi), a w Polsce wśród młodych ludzi modny jest pogląd o PRL jako o normalnym państwie (http://polskaludowa.blogspot.com/ na jednym ze zdjęć widać chłopca w kurtce Adidas, jak wiadomo standard w PRL) . Czasami zastanawiam się jak świat przyjmowałby pogląd, że Hitler był pacyfistą, a zamiast koszulek z Che Guevarą młodzi ludzie nosiliby takie z podobizną Hansa Franka. Zupełnie poważnie interesuje mnie czy przeciętny student z Poznania, Oxfordu czy Waszyngtonu ma świadomość, że reżimy komunistyczne tylko w warunkach pokoju zabiły więcej ludzi niż europejski faszyzm?

  Chciałbym skończyć jakoś pozytywnie cały ten wywód. Kilka lat temu na ulicach polskich miast zagościła akcja "Tęsknie za Tobą Żydzie". Nie podzielam wszystkich motywów i treści tej akcji jakie znalazłem na stronie internetowej, ale ja też tęsknie za miastami, gdzie obok Polskiego krawca, miał swój sklep stary Niemiec i Żyd bankier. Za Lwowem, gdzie przenikały się wpływy Polaków, Ukraińców i Habsburgów. Tęsknie za tym czego nigdy nie poznałem, bo wraz z tym światem przeminęło dużo więcej niż tylko dawne granice i obyczaje. Wraz ze wszystkim tragediami, które wydarzyły się po 1939 roku, a które trwały do 1989, lub gdzieniegdzie trwają do dzisiaj zniknął nieskrępowany świat, gdzie jednak życie i szacunek do innych stanowiły jakąś wartość. Miejmy nadzieję, że ten świat nie zniknął jednak na dobre, a wolność od pasa w dół nie zastąpiła prawdziwej wolności.

Saturday, January 5, 2013

Mit religii smoleńskiej.

Katastrofa smoleńska była dniem, który zmienił Polskę, polskie społeczeństwo. Zmienił choćby nie wiem jak bardzo się ktokolwiek zaklinał. Co więcej, zmienił on nie tylko "Berety Jarosława", zmienił on również, a może przede wszystkim, osoby spoza środowisk konserwatywnych. Dla tych, którym tradycja staje kością w gardle.

Kilka tygodni przed wyborami z 2011 paląc papierosa ze znajomymi z uczelni usłyszałem, że PiS nie ma programu. "Słyszałeś cokolwiek co powiedział Kaczyński poza Smoleńskiem? Jakiś konkret?". Mogłem powiedzieć wtedy wiele, mogłem powiedzieć o forsowanym programie alternatywy, który zaczynał się już wtedy. O tym jak wszyscy odliczali kiedy uda sprowokować się prezesa największej siły opozycyjnej i cieszyli się z nieistotnej wzmianki o Angeli Merkel. Nie powiedziałem nic co by nie siać fermentu, paliłem sobie fajkę z kilkoma znajomymi, którzy głosowali (przynajmniej wtedy) na Ruch Palikota, traktując ją jako partię, która może przynieść zmiany, naprawić ten kraj (zajmując się przywilejami duchownych, które jak wiadomo zabijają rodzimą gospodarkę, napędzają korupcję i są odpowiedzialne za powódź z 1997 roku). Zupełnie na marginesie jedna z osób uznała wtedy Jerzego Urbana za "inteligentnego ziomka".

Wracając do meritum, ponieważ w katastrofie, o której mowa, umarł brat prezesa opozycji i wielu ludzi związanych z jego środowiskiem byłoby dziwne gdyby ten machnął ręką na ten temat jak chciałyby tego media i polityc głównego nurtu. Zwłaszcza jeżeli w śledztwie tym dochodzi do tylu dziwnych "wypadków", wersja o kilku podejściach do lądowania, rzekomo pijany generał w kokpicie, słowa o prezydencie, który miał zabić jeśli nie wylądują, a które jak wiadomo nigdy nie padły. Tę wyliczankę można ciągnąć i ciągnąć wszystkie kłamstwa, które zostały wypowiedziane pozostały puszczone bez konsekwencji. Wystarczyła jedna informacja o trotylu (który na pokładzie samolotu koniec końców był), aby z pracą musiało pożegnać się kilkunastu dziennikarzy (w sumie z Rzeczpospolitej i Uważam Rze), dlatego jak ktoś o zdrowych zmysłach może mówić, że do walki politycznej "Smoleńsk"  jest używany przez PiS, skoro brat zmarłego prezydenta musi niewzruszony przyjmować największe bzdury, patrzeć jak samolot jest cięty, a następnie niszczeje pod gołym niebem, a gdy ktoś ze środowiska dziennikarskiego opowiada się po jego, publikuje nie do końca potwierdzoną (wtedy jeszcze) informację to traci pracę.

"Smoleńska" używają przeciwnicy PiSu, to nie jest odważna opinia, alternatywny punkt widzenia, to jest fakt. Można powiedzieć na ten temat wszystko, obrazić każdego, kazać rodzinom płacić za ekshumacje, nawet jeżeli są ku temu podstawy (podmienione trumny?!), można wszystko jeżeli celem wypowiedzi jest poniżenie prawicowej opozycji.

Dlaczego Rosja, która nie jest traktowana jak normalne demokratyczne państwo, w tej konkretnej sprawie obdarzona została przez wszystkich pełnym zaufaniem? Wszyscy wiedzą, że rosyjskie służby gotowe są tropić swoich zdrajców, niepokornych dziennikarzy. Urządzać pokazowe procesy dla przeciwników tamtejszego systemu. Jeżeli są zdolne do tego wszystkiego to dlaczego nie mogłyby chcieć zabić kogoś kto próbował zatrzymać ich próbę powrotu na Kaukaz? Kogoś komu bardzo zależało na Ukrainie w Nato i UE, kto próbował stworzyć wspólną inicjatywę wymierzoną bezpośrednio w rosyjski imperializm. Dlaczego to takie niesamowicie fantastyczne? Z jednej strony ci sami ludzie "lajkują" na facebooku inicjatywy Amnesty International przeciwko Pussy Riots, a z drugiej odrzucają złą wolę ich oprawców w sprawie "Smoleńska"?

"Smoleńsk" to nie jest jakiś polityczny oręż dla PiSu, dzięki któremu partia ta będzie mogła zbijać kokosy, jest raczej maczugą, którą można ją okładać. Temat, w który zawsze można Kaczyńskiego wciągnąć. Jest przekleństwem i utrapieniem, żadną religią. Nie ma czegoś takiego jak religia smoleńska, próbują ją tworzyć środowiska związane z lewicą żeby ośmieszyć prawice. Sprawa smoleńska, może jednoczyć ludzi dla, których sprawiedliwość jest wartością, tylko tyle. To jak mówić, że istnieje mit eutanazji, czy feministki tłoczą się wokół kultu aborcji. Z czystej przyzwoitości, żeby nie babrać się w gównie nikt tego jednak tak nie nazwał.

Sunday, September 9, 2012

Wszystkie odcienie moheru


Jakie są jego wszystkie odcienie? Oczywiście określnie to ukuło wobec zwolenników jednej formacji politycznej, ale przecież każda opcja ma swój „żelazny elektorat”.

 Z jakiegoś jednak powodu wszyscy doszli jednak do wniosku, iż kpić można z jednego, słynne akcje takie jak „schowaj babci dowód” bawiły nadwiślański lud kilka lat temu. Tak przyjęło się już, że lwią część głosujących na Prawo i Sprawiedliwość stanowią osoby po 60 roku życia, które codziennie odbywają kurs na trasie dom – kościół. Tradycyjnie przedstawia się zwolenników prezesa jako ksenofobiczną, agresywnie nastawioną masę, która jest nawet nie tyle konserwatywna co po prostu zacofana, faszystowska i ciemna. Byłoby jednak zbyt oczywiste gdybym teraz tutaj zaczął pisać, że to bzdura, że” jak to tak można” i brał w obronę cały elektorat PiSu.

 Na marginesie to przydałby się tym wszystkim głosującym na Kaczyńskiego i jego formacje dobry adwokat, bo politycy, którzy zawdzięczają im swoje głosy sami w ten sposób rysują swoich sympatyków. Przecież każdy najbardziej debilny pomysł rzucony przez, któregoś z posłów największej opozycyjnej partii zawsze jest motywowany chęcią puszczenia oka do swoich stałych wyborców. W ten sposób można zgłosić pomysł koronowania Chrystusa na króla Polski (kiedyś), albo karania in vitro więzieniem (mniej kiedyś).  Swoją drogą i tak z zazdrością na zwolenników PiSu mogą patrzeć głosujący na Janusza Korwin Mikke, którzy przed każdymi wyborami drżą, żeby ich idol nie walnął jakąś głupotą. Ciężko jest tłumaczyć się elektoratowi UPR (Platformy JKM, Nowej Prawicy itd.) z „kontrowersyjnych” wystąpień lidera. Ulubioną gimnastyką umysłową jest wmawianie sobie, że nie interesuje ich głupi elektorat, tylko inteligentny. Ktoś musi szepnąć Korwinowi, że istnieje coś pomiędzy poprawnością polityczną a czystym chamstwem, bo tak to żadnego nie będzie.

Wracając do sedna notki, przypomniała mi o nim fraza „czyste chamstwo”, to trzeba wiedzieć, że moher ma więcej odcieni. Elektorat Platformy Obywatelskiej zwykle jest malowany jako ludzie średnio interesujący się polityką, mieszkający w dużym mieście, tacy trochę yuppies, którzy nie chcą obciachu kiedy będą jechać za granice. Jest w tym trochę prawdy pewnie, ale chyba trochę za mało. Podobnie jak wylicza się partiom, tak wylicza się elektoratowi, a wszystko można obrócić. Już przybliżam sens tego dziwnego zdania. Zawsze przedstawia się PiS jako partię niemal faszystowską, która kneblowała obywateli, łamała wolności i tworzyła jakiś chory autorytarny system. Tymczasem to za czasów PO zwiększa się liczbę podsłuchów, zamyka się człowieka prowadzącego stronę internetową, zastrzelono działacza opozycyjnej partii, a sklepy z dopalaczami likwiduje się praktycznie w jeden dzień dla poprawienia słupków sondażowych. Wiem, że to są stare wyliczanki, które na nikim nie robią wrażenia, zwłaszcza na przyzwyczajonym do dwójmyślenia elektoracie platformy, ale zawsze warto przypomnieć. A teraz do rzeczy, jak to działa na wyborcach? Otóż oglądam sobie Szkło Kontaktowe i naprawdę bardzo polecam posłuchać sobie dzwoniących. Raz się trafi na kobietę, która przekonuje, że „krzyż jest przecież znakiem ‘prawych i sprawiedliwych’, a co ma Amber Gold w logo? No właśnie krzyż!”, czy nawet człowieka, który mówi wprost, że on by Kaczyńskiego i wszystkich od niego na szafot wysłał, niektóre wypowiedzi przerywa Miecugow, a bardziej lajtowe (które aktualne problemy zrzucają na PiS) trwają w najlepsze. Zresztą ja sam mam w rodzinie osoby, które mówią, że czarnuchów nie lubią, pedałów da się leczyć, a Kaczyński „pierdoli kota”.

Na całym tym tle wydaje się, że najbardziej wyluzowany elektorat ma PSL. W partii jest ok. 130 tysięcy osób, w ostatnich wyborach formacja otrzymała nieco ponad milion głosów. Myślę, że z 3/4 tej liczby to mogą być żony, kuzyni, dzieci działaczy, a także ci, którzy pracują w różnorakich miejscach związanych, pośrednio lub bezpośrednio, z ludowcami. Ich nikt nie denerwuje, byleby w ogródku było jak jest. Dlatego Żelichowski od 1985 siedzi sobie na wiejskiej i prędzej umrze niż nie dostanie głosów i dlatego, żadna afera nie zatopi PSL.

Thursday, August 2, 2012

Ogórki!


Sezon ogórkowy w pełni tak więc nadszedł czas na garść luźnych refleksji pod szyldem sieka90.blogspot.com.

      Dlaczego prawica nie jest zdolna do wygrania wyborów w Polsce?
Dlaczego partia Jarosława Kaczyńskiego przegrywa wszystko co może, mimo słabnącego zaufania do rządu Donalda Tuska? Problemem w PiSie nie jest brak demokracji wewnątrz partyjnej. Moim zdaniem nie ma to żadnego znaczenia, nawet jeśli tak chciałaby część publicystów.  Wydaje mi się, że wszystko tkwi w braku pewnej spójności. Prawo i Sprawiedliwość tracą swoimi ciągłymi wahaniami między wyborami, ciągłymi próbami to puszczania oka do centrowego elektoratu, to utwardzaniem swoich zatwardziałych zwolenników. Jestem niemal przekonany, że przez szalone pomysły takie jak karanie więzieniem za in vitro, czy zakazem handlu alkoholem na stacjach benzynowych Jarosław Kaczyński odbiera sobie szansę na przekroczenie 30% w jakichkolwiek wyborach na następne kilka lat. Polskie społeczeństwo, mimo że w większości wciąż konserwatywne, nie jest w stanie przełknąć pierwszego z tych pomysłów, oczywiście in vitro nie jest złotym środkiem, ma swoje wady. Mrożenie zarodków musi budzić wewnętrzny sprzeciw, ale jest jeszcze jedna strona medalu, a w coraz szybciej biegnącym świecie, metoda in vitro jest jeszcze jednym sposobem na walkę ze spadającymi wskaźnikami demograficznymi i dramatami bezdzietnych rodzin, człowiek, który nie założył rodziny grzmiący o karze więzienia dla tych, którzy musieli zdecydować się na te metodę (chyba, że ktoś lubi wydawać kilkadziesiąt tysięcy złotych dla funu) wygląda po prostu śmiesznie. Drugi kuriozalny pomysł zaś brzmi może ciekawie z perspektywy Warszawy, natomiast w małych miastach często nie ma zwyczajnie sklepów całodobowych, a dystrybucja alkoholu podobna do tej w Szwecji byłaby nad Wisłą nie do przyjęcia. Swoją drogą nie wiem jaki jest sens utwardzania elektoratu, jeżeli chyba żadna partia nie ma go tak zmobilizowanego, a wyborcy Jarosława wybaczają mu nawet debilne teksty o patriocie Gierku. Poza tym szkoda, że  w Polsce wciąż nie doczekaliśmy się poważnej partii konserwatywno liberalnej, wszystkie partie Korwina są z góry skazane na porażkę. JKM mimo wielu ciekawych pomysłów sam strzela sobie w stopę przy co drugim występie w TV, imponując przy tym swojej 2,5% rzeszy zwolenników, a zniesmaczając 97,5% reszty społeczeństwa. PiS mimo przebłysków świadomości brzmi raczej jak socjaldemokracja gospodarcza niż strażnicy świętej wolności. Ciekaw jestem też, czy Solidarna Polska to masterplan Prezesa, czy raczej samobójstwo polityczne kilku niezłych person. Jeżeli to pierwsze to jestem w stanie się założyć, że pomysł nie wypalił. Jeżeli, zaś to drugie to ciekawe kiedy Ziobro i Kurski zdadzą sobie sprawę z tego, że Polska nie potrzebuje PiSu Bis. Jestem przekonany, iż większość społeczeństwa między Suwałkami, a Wałbrzychem ma raczej konserwatywne poglądy, denerwuje ich nepotyzm, chcą silnej Polski, chcą wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, ale nie chcą wojennej retoryki, umierania za każdą sprawę, traktowania wszystkiego jak sprawy życia i śmierci. Dlatego nie głosują na PiS, bo wolą poświęcić czas na pracę i rodzinę, niż czytać gazety, być ze wszystkim na bieżąco, opowiadać się na każdy temat. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zrozumie to ktoś z władz PiSu.

2       Dlaczego lewica nie jest zdolna do wygrania wyborów w Polsce?
Rozkwit idei nowej lewicy w Polsce można odłożyć między bajki. Osoby pokroju Magdy Środy, słusznie zresztą, są u nas traktowane raczej jako dziwactwa i podobnie jak Jarosław Kaczyński myli się, że nasz kraj sterowany jest przez Moskwę i Berlin, tak słynna pani etyk ośmiesza się za każdym razem kiedy winą za wszystko w Polsce obarcza kościół i tradycję chrześcijańską. Janusz Palikot mający olbrzymi kapitał polityczny po ostatnich wyborach, wydawał się być na fali. Dzisiaj można zaryzykować tezę, że był to raczej pojedynczy wystrzał. Zryw ludzi, którzy pragnęli jakieś odnowy, której on im nie może dać. Palenie trawki zakończone kadzidełkami okazało się być nie do przyjęcia dla młodszej, radykalniejszej młodzieży. Droga ramię w ramię z PO w sprawie emerytur odwróciło od Ruchu Palikota starszy elektorat ludzi odrzuconych, którzy nie mogą patrzeć na prawicę, a komunistyczna lewica zbyt często odwracała się do nich plecami. Mówiąc krótko, wyborcy chcieli pornografię, a ekscentryczny lider może im zaoferować jedynie pocałunki pod kołderką. Nikt nie wierzy już w radykalizm cynicznego bogacza. Musiałoby powtórzyć się jakieś trzęsienie, żeby partia podbiła swój wynik. A z SLD jak z SLD. 10 lat temu Miller był co prawda premierem, ale od tamtego czasu otarł się nawet o Samoobronę. Gwardia, która rządzi Sojuszem nie jest w stanie przyciągnąć do siebie młodszego elektoratu, komunistyczna przeszłość (i teraźniejszość) wielu ludziom również staje w gardle. SLD może liczyć na odpływ wyborców z RP, ale nie będzie w stanie z obecną ekipą przebić wyników Grzegorza „Gdzie podziała się moja charyzma?” Napieralskiego. Skupieni wokół władzy w Sojuszu powinni zacząć myśleć co zrobić na przyszłość. Ich żelazny elektorat już długo nie pociągnie nawet bez wyroków w więzieniach. Polska lewica miota się między radykalizmem zachodnich odpowiedników, a statusem quo zaproponowanym przez ludzi, którzy dzisiaj kojarzą się tylko z kłamstwem i brakiem honoru. Pytanie czy między tymi dwoma formacjami, ktoś w końcu zdecyduje się na zdrową socjaldemokratyczną część czerwonego tortu. Bez przymusowej emancypacji i apostazji, a z prawdziwym spojrzeniem na problemy młodych ludzi. Przecież to olbrzymia gałąź do zagospodarowania, może być politycznym czarnoziemem lewicy. Z drugiej strony powstawały już mniejsze i większe socjaldemokratyczne twory na rodzimej arenie, więc to też nie musi być kluczem do zwycięstwa. Z drugiej jednak strony puste hasła nie pociągną Palikota tak daleko jak jego dawnego szefa, a PZPR nie ma prawa wygrywać w III RP.
3       Dlaczego Niemcy nie są w stanie wygrywać turniejów?
Od ostatniego triumfu drużyny, o której kiedyś Gary Lineker powiedział, że na końcu zawsze zwycięża, minęło już 16 lat. W między czasie dwa razy dotarła do finału dużej imprezy i trzy razy zdobyła trzecie miejsce, a przecież w 2000 i 2004 nie udało się jej  nawet wyjść z grupy. Komentatorzy piłkarscy zachwycają się stylem młodzieży, ale ta nie chce wystrzelić. Pytanie, czy w ogóle ma szansę? Przecież zmarnowanych generacji w piłce nożnej zawsze było więcej niż tych złotych. Przykłady? Holandia z czasów Kluiverta, Cyruffa, ale też dzisiejsza pod dowództwem Robbena, mimo świetnych nazwisk nie wygrywa niczego. Anglicy, którzy przez 10 lat na środku polu mieli Lamparda, Gerrarda, Barrego i Parkera też odchodzą do przeszłości, nigdy nie zdobyli nawet brązowego medalu. Czy Niemcy podzielą los wyżej wymienionych? W sporcie ciężko prorokować coś na więcej niż rok w przód. Kto dwa lata temu powiedziałby, że Muller nigdy tak dobrze jak na Mundialu w RPA już grać nie będzie? Przychodzą co prawda nowi młodzi i zdolni, ale ciężko powiedzieć żeby mieli oni przed sobą drogę usłaną różami. Kiedy Balotelli ładował do siatki drugą bramkę zapewne wielu komentatorów zachodziło w głowę, kiedy w końcu nastąpi eksplozja piłkarskich talentów zza Odry? Od 2006 zmieniają się nazwiska, kadra robi się coraz młodsza, jeszcze lepsza, jeszcze energiczniejsza i wciąż jeszcze bardziej nienasycona. W dodatku turniej za dwa lata odbywa się w Brazyli, a w zawodach odbywających się poza Europą drużyny ze Starego Kontynentu nie są najskuteczniejsze. 2002 – zwycięstwo Brazylii, 1994 – też Brazylia, 1986 – Argentyna, 1978 – Argentyna, 1970 – Brazylia i 1962 – Brazylia. Nie ma nawet sensu wydłużać tej listy. Zwycięstwo przed dwoma laty Hiszpanów miało miejsce w RPA, ale umówmy się, że Hiszpania miała wtedy jedną z najlepszych drużyn narodowych w historii całej piłki nożnej. Trzon kadry się nie zmienia a zawodnicy wygrywali w Polsce i na Ukrainie trzeci wieli turniej z rzędu co nie udało się nikomu nigdy. Może to właśnie Hiszpanie są ostatnią przeszkodą na drodze Niemców do całkowitej dominacji? Od zgodzenia się z tą tezą dzielą mnie jednak dwie bramki Mario Balotellego. 

Sunday, June 17, 2012

Przyczyny klęski wczorajszej i jutrzejszej.

Przegraliśmy i można się było tego spodziewać. Jeszcze pół roku temu wszyscy mówili, że nie wyjdziemy, że odpadniemy na starcie, że trzy mecze i do domu. Coś się zmieniło, że tydzień przed turniejem wszyscy zmienili zdanie i zaczęli napomykać o ćwierćfinale? Nic, nie trzeba być wybitnym socjologiem, nie trzeba nawet skończyć liceum żeby sformułować prosty wniosek - daliśmy się ponieść euforii. Po fatalnych mistrzostwach zawsze zaczyna się szukanie winy, może potrzebny był od pierwszych minut Mierzejewskiego? Może Murawski powinien był polecieć na ławę? Prawda jest taka, że Smuda poza kilkoma drobnymi wpadkami takimi jak zabranie na turniej Brożka, czy brak zmian w pierwszym meczu, na polu kadrowym nie popełniał jakiś tragicznych decyzji. Można oczywiście wiele wyrzucić Smudzie, braki taktyczne może wybaczać polska liga, wybaczać mogą je też europejskie puchary (nie oszukujmy się, ale angielskie/włoskie/hiszpańskie drużyny nie traktują poważnie rozgrywek Ligii Europejskiej i do takich niespodzianek jak np. te z udziałem Lecha dochodzi tam co roku). Pod koniec "trenerowania" (jakby to sam powiedział, hehe) nasz selekcjoner wyglądał już jak najbardziej znerwicowana osoba w całej kadrze.

Czy piłkarze są winni? Oczywiście, że nie są winni, są po prostu za słabi. Praktycznie każda jedenastka na Euro kadrowo była mocniejsza od naszej. To bardzo miłe, że mamy czterech, pięciu bramkarzy na wysokim poziomie, tylko co z tego? Ukraińcy w pierwszym składzie ma dopiero 4 bramkarza (dwóch lepszych było kontuzjowanych a jeden zawieszony za doping) i jakoś wygrała ze Szwecją. W polu mamy trójkę z Borussi to fakt, prezentują oni jakiś poziom, ale ten poziom nie jest też jakiś galaktyczny, nieosiągalny. Borussia to może i najlepsza drużyna niemiecka, ale już w Lidze Mistrzów nie wyszła nawet z grupy, a Bundesliga nie ma raczej startu do rozgrywek w Hiszpanii, Anglii a nawet we Włoszech i jeden Bayern wiosny nie czyni. Traktujemy Greków, Czechów lub Irlandczyków strasznie z góry, tymczasem prawda jest taka, że na papierze oni wcale nie mają gorszych składów od nas. Zawodnicy z Zielonej Wyspy co prawda przegrali dwa pierwsze mecze, ale z kim grali? Chorwacja i Hiszpania to drużyny, które w naszej grupie mogły by się pokusić o 9 punktów.

Przykre jest to, że żeby ulepić jedenastkę musieliśmy naturalizować Boenischa, Obraniaka, Perquisa czy Polańskiego. Nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem naturalizacji zawodników, tylko o to, że oni są po prostu słabi. To nie są zawodnicy, którzy reprezentują jakiś wysoki poziom. Po prostu u nas nie ma dobrych piłkarzy, a czemu nie ma? I tutaj dochodzi do sedna, dlaczego nie wygramy grupy na turnieju nawet za 20 lat. Polska liga, mimo swoich zmian wciąż jest skansenem. Baza się poprawia powoli, ale poziom nie rośnie. Jedyny klub, który ma zdrową sytuację finansową i pomysł to Legia, która już teraz zaczyna seryjnie wypuszczać młodych zdolnych chłopaków. Wisła Kraków, która jeszcze 10 lat temu wygrywała mecze w lidze z zamkniętymi oczami dzisiaj jest zbieraniną przypadkowych kolesi, którzy nie bardzo wiedzą co się dzieje, a jedyny przebłysk świadomości na poziomie wyższym niż ligowy daje zawodnik z Izrael Melikson. Lech mimo świetnego scoutingu, również przegrywa na polu szkolenia młodzieży sprowadzając w zamian niezłych graczy z Bałkanów, tylko szkoda, że poza jednym Rudnevsem (akurat Łotysz i akurat z węgierskiej ligi) reszcie po sezonie odechciewa się grać. Przecież Stilić czy Kriwiec to dzisiaj karykatury zawodników sprzed kilku sezonów. Mimo to zarówno klub z Krakowa jak i z Poznania wolą ściągać zawodników z zagranicy bo to tańsze i szybsze niż budowa szkółki Reszta klubów jest zbyt biedna żeby robić karierę w Europie i do wygrywania meczy wykorzystuje raczej brak koncentracji i nonszalancką postawę "wielkiej" trójki. Ktoś dzisiaj w studiu w TVN24 spytał "czemu nie gra żaden gracz ze składu mistrza polski?", ja mogę odpowiedzieć, bo są za słabi, bo poza jednym Milą, który ma już swoje na karku, nikt nie prezentuje poziomu wyższego niż solidny ligowy gracz.

Poseł Girzyński narzekał, że kiedyś chłopcy grali przed blokiem między dwoma drzewami i jakoś wygrywaliśmy. Jest to często powtarzana opinia, która nie wytrzymuje jednak jakiegokolwiek zderzenia z rzeczywistością. 30-40 lat temu nie było takich ośrodków szkoleniowych, piłka nożna nie była jeszcze aż takim biznesem. Dobrze się stało, że w Polsce są Orliki i wbrew temu co mówił poseł Kurski (że to miejsca spotkań panów z brzuszkiem) to jednak coś się dzieje. Młodzież ma gdzieś grać i jestem przekonany, że odczujemy za kilka lat budowę Orlików. Tylko, że same boiska nie są w stanie wyszkolić zawodników poza pewien poziom, potrzebne jest zaangażowanie ludzi i pieniądze. Jestem przekonany, że to drugie by się znalazło, tylko w Polsce nie ma ludzi z wizją, a raczej są, ale zderzają się ze ścianą. Działacze piłkarscy stanowią zakonserwowany beton, jakiekolwiek próby "wietrzenia" PZPN są z góry skazane na niepowodzenie. Nawet jeśli pojedynczy ludzie chcą coś zrobić to nie mają zwyczajnie szans i stają się dziennikarzami sportowymi lub dyżurnymi krytykami.

Dlatego możemy naturalizować jeszcze trzydziestu przeciętnych graczy z przeciętnych klubów ligi niemieckiej, możemy organizować nawet mistrzostwa świata, ale dopóki nie zmienimy klimatu otaczającego piłkarski świat nic nie drgnie. Dzisiaj usłyszałem od posła Kwiatkowskiego, że mamy duże szanse na awans do Mundialu, który już za dwa lata w Brazylii. Stwierdził, że poza Anglią to Ukraina, Mołdawia, San Marino i Macedonia to drużyny w naszym zasięgu. Oczywiście można je ograć, ale w eliminacjach nie gramy z Macedonią tylko Czarnogórą, pewnie "żadna różnica". Przed meczami z Czarnogórą będziemy słuchać jak to nasza trójka z Dortmundu rozniesie rywali, tylko, że w tej Czarnogórze są zawodnicy z czołowych lig europejskich, tego pewnie nie wie nikt, bo my mamy Gienka, Ludo, Lewego i Kubę, a tam podobnie jak w Grecji i Czechach grają same płotki. Ciekawe czy kiedyś się pogodzimy z tym, że przeciętny kibic z Anglii nie ma pojęcia kim jest Piszczek, nie mówiąc o naszych naturalizowanych gwiazdkach i kopaczach z polskiej ligi. Żebyśmy zaczęli wygrywać musimy zmienić wszystko w rodzimej piłce. Nie Smudę, nie Latę, nie Perquisa, Obraniaka czy Lewandowskiego, wymagana jest gruntowna przebudowa całego myślenia o piłce. I to nie jest prawda objawiona, to wie każdy dziennikarz sportowy i to są słowa powtarzane co 2 lata, kiedy przegrywamy eliminacje, albo odpadamy w fazie grupowej, a że później wszyscy piszą dobrze i cieszą się każdym małym cudem? Co nam pozostaje jeśli nie wiara w kadrę i zaklinanie rzeczywistości?

Friday, May 11, 2012

Trzech i pół


Oglądając dzisiejsze obrady sejmu dotyczące ustawy emerytalnej można było tylko załamywać ręce, a powodów ku temu nie brakowało. Wszystko zaczęło się od pani Kopacz, która jakim marszałkiem jest, każdy widzi. Zresztą nie tylko na tym („marszałkowaniu”) skupia się krytyka jej osoby, lista zarzutów opozycji zdaje się nie mieć końca, a sięga aż do katastrofy smoleńskiej i wielokrotnie powtarzanych przez nią kłamstw dotyczących sekcji zwłok etc. Sama zainteresowana ułatwiła dzisiaj pracę swoim oponentom nie wpuszczając na obrady sejmu władz Solidarności. Dlaczego? Ciężko zrozumieć, bo argument, że miało to służyć lepszym warunkom pracy z perspektywy czasu może wywoływać tylko śmiech przez łzy.

Kolejnym tenorem wieczoru został Donald Tusk, który posłużył się sztuczką bardzo efektowną i widowiskową. Wyciągając wypowiedzi braci Kaczyńskich, w których ci mówili o konieczności podwyższenia wieku emerytalnego. Oczywiście były to jakieś pojedyncze cytaty, oczywiście wyrwane z kontekstu i oczywiście ich wykorzystanie było zwykłym trickiem. Nawet jeżeli ktokolwiek mówi o tym, że taka potrzeba istnieje to można to zrobić na wiele sposobów. Chyba, że Donald Tusk na poważnie myśli, że z którejkolwiek z tych wypowiedzi przebija się coś o 67 roku życia i o tym, żeby zrobić to byle przed Euro.

Lecz głównych aktorów było trzech. Na końcu pojawił się Janusz Palikot. Jednak zanim o jego występie, to należy zrobić mały wstęp. Tuż po występie premiera, na mównice wszedł Jarosław Kaczyński, kiedy ten przemawiał usłyszał z lewej strony sali sformułowania, by zadzwonił do swojego brata. Krzyki te były oczywiście poniżej jakiejkolwiek krytyki. Wyprowadzony z równowagi prezes powiedział: „Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne. Ten poziom nieprawdopodobnego chamstwa na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków”. Dotknięty tą wypowiedzią poczuł się inny lider „opozycji”, wywołany już, Janusz Palikot. Krytykował on Kaczyńskiego po czym dopuścił się żenującej wypowiedzi o tym, że przez PiS jest winny śmierci swojego brata, ponieważ kazał mu realizować swoje chore ambicje. Co bardziej kuriozalne nasz „wielkomiejski Lepper” tezy tej bronił w wywiadzie z Andrzejem Mrozowskim. Jeżeli ktoś ma trochę więcej oleju po raz kolejny zastanowi się, czy Palikot wciąż nie działa na rzecz Tuska, uwalniając go od trudnych pytań, ściągając debatę na temat smoleńska. Do przeciętnego Polaka i tak dotrze tylko obrazek „Kaczyński – Smoleńsk”, a w głowie ułoży się komunikat „ten stary pedał tylko o braciszku pieprzy”.

Cichym bohaterem wydarzeń byli również komentatorzy TVN24 i ich goście. Julia Pitera i Andrzej Mrozowski zastanawiali się jak to możliwe, że lider Prawa i Sprawiedliwości dał się sprowokować. Niemożliwe! Po czym dziennikarska gwiazdka opowiedziała anegdotkę o tym, jak do Margaret Thatcher nie dała się sprowokować, gdy ktoś nazwał ją kurwą. Rzucić w kogoś epitetem to niemalże to samo co puścić chamski komentarz dotyczący nieżyjącego najbliższego członka rodziny. Zresztą wypowiedź Kaczyńskiego nie była rzucona w jakimś przesadnym gniewie (typowa wypowiedź konserwatysty, który wychowywał się w czasach sprzed pojawienia się politycznej poprawności). To nie ma jednak żadnego znaczenia, bo w końcu jeżeli, ktoś porównuje Prawo i Sprawiedliwość do NSDAP to praktycznie nie ma i nigdy było z tym problemu. W drugą stronę to jednak coś innego. Na portalu Gazety Wyborczej widnieje już nagłówek „Tusk na poziomie Hitlera? To argument ostateczny, jak "ty głupi". No i oczywiście wypowiedź eksperta: „Jeżeli ktoś się w ten sposób ustawia, to po pierwsze, tworzy wroga, chce, żeby tego wroga nienawidzono, a on sam ma być widziany jak obrońca, który zapobiega strasznej tragedii. To jest bardzo manipulacyjny argument, on nie służy argumentacji, tylko kanalizacji nienawiści”. Zastanawiam się czy dr Jacek Wasilewski równie rzeczowo komentował merytoryczną „mowę miłości” Donalda Tuska z lat 2005-07. Ciekawe co dr Jacek Wasilewski ma do powiedzenia na temat słynnych już argumentów Stefana Niesiołowskiego? Pytania te, jako wynurzenia sfrustrowanego prawicowca,  pozostaną zapewne bez odpowiedzi.

A gdzie w tym całym zgiełku jest miejsce dla emerytur? Jeżeli o mnie chodzi, to uważam, że nie powinno być żadnego państwowego przymusu płacenia jakichkolwiek składek. Faktem jest, że wiele przywilejów emerytalnych to po prostu relikty minionej epoki. Pamiątki po czasach, kiedy mając w domu tatę maszynistę i wujka rzeźnika można było za darmo pojechać ze Szczecina do Rzeszowa na wakacje, a do plecaka schować więcej mięsa niż przeciętna rodzina miała go na tydzień. Inna sprawa dotyczy zaś wieku przechodzenia na emeryturę. W Polsce miejsc pracy nie ma i w tym kształcie ustawy prędzej doczekamy się tragedii (mega-bezrobocie, zapaść demograficzna, zwiększenie się rozwarstwienia społecznego) niż uzdrowienia, chyba i tak już śmiertelnie chorego, polskiego systemu emerytalnego. Ciekawe, gdzie będą zwolennicy 67 roku życia, gdy okaże się za kilka, kilkanaście lat, że bez pracy będzie większość ludzi po studiach i lwia część seniorów w wieku przedemerytalnym. Argument, że żyjemy coraz dużej traktuję jak ponury żart. Przeciętny Polak pracuje więcej, ma gorszą opiekę socjalną i żyje krócej niż przeciętny mieszkaniec Europy Zachodniej. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł by obniżyć koszty zatrudnienia i podatki. Może jak Donald Tusk zatrudni jeszcze drugie 100 tysięcy urzędników, a KRUS jeszcze kilkanaście lat będzie dawał posadki krewnym posłów związanych z PSLem, to na końcu okaże się, że żadna emerytura nikomu nie jest potrzeba, bo można pracować do śmierci. W końcu siedzenie na kanapie z 300 złotymi na miesiąc nikomu na dobre nie wyszło!