Tuesday, September 1, 2015

Kapitan Ameryka!

   W prawicowej części internetu nadal bez zmian. Obiektem zachwytów wciąż Władymir Władymirowicz, a tarczą do rzutków zdjęcie aktualnego rezydenta Białego Domu. Oczywiście na dzień dzisiejszy jest Barack Obama, ale dla wszystkich jest oczywiste, że to tylko pionek w rękach waszyngtońskich elit i banksterów z Wall Street.

   Przy okazji kryzysu na Ukrainie w Polsce obudził się antyamerykanizm, a zwroty takie jak "amerykański imperializm" znowu trafiły do głównego obiegu, po latach na wygnaniu (gdzie wciąż jeszcze przebywa "walka klas", a skąd uciekł już "kapitalistyczny wyzysk" i "proletariat" - w postaci prekariatu, tak tak, wiem to nie to samo).

   Tym razem dowiedzieliśmy się, że Majdan był tylko brudną i parszywą prowokacją wymierzoną w miłującą pokój Moskwę, bo to może Władymir Władymirowicz wysłał czołgi na wschód Ukrainy i na Krym, ale wiecie co zrobił zachód? Tutaj wersji jest co nie miara, w najbardziej klasycznej lansowanej przez bożyszcza nastolatków Janusza Korwina-Mikke wygląda na to, że - w skrócie - zachodni system finansowy jest na granicy bankructwa i potrzebna jest wojna by to przykryć. Miliardy dolarów, wszystko po to by sprowokować Putina do pierwszego ruchu i dostać wymarzony casus belli. Bo wiecie, zachodnie elity są w zasadzie tak cyniczne i bezduszne, że są gotowe wydawać ostatnie oszczędności będąc na skraju nędzy po to by wkurzyć człowieka uważanego w naszej części świata za nieobliczalnego. Są gotowe poświęcić Pragę czy Warszawę jako ofiary potencjalnego ataku nuklearnego po to by później móc oddać.

   Teoria ta ma wiele słabych punktów. O ile jestem skłonny uwierzyć, że w Pentagonie siedzi banda antyrosyjsko zaślepionych generałów, to nikt mnie nie przekona, że w całym ośrodku decyzyjnym pomiędzy luźną sugestią "sprowokujmy Putina" do dziś nikt nie pomyślał sobie o priorytetach, a te wskazują jasno - Rosja nie jest dziś realnym przeciwnikiem zachodu. Abstrahując od kwestii czysto militarnych, nie ma konfliktu interesów. Wręcz przeciwnie! Polityka resetu firmowana przez Obamę na początku jego pierwszej kadencji była odpowiedzią na oczekiwania ludu. Skrajnie niepopularne, w późniejszych fazach, interwencje w Iraku i Afganistanie dały impuls do powrotu do stołu rozmów zamiast do wysyłania żołnierzy. Odprężenie w stosunkach na linii Moskwa-Waszyngton byłoby tym bardziej pożądane, że dużo większym zagrożeniem dla światowej hegemonii Stanów Zjednoczonych - o ile wolno o niej jeszcze mówić - na dzisiaj są Chiny.

   Warto pamiętać też, że to ciągłe zaangażowanie w konflikty zbrojne przez dziesięciolecia jest dla pozycji USA dużo większym sprawdzianem niż lokalny Napoleon na wschodzie Europy. W tym momencie chciałbym zrobić mały przystanek. Przeciwnicy Waszyngtonu często akcentują, że imperialna polityka Stanów to właśnie przede wszystkim tępe bombardowanie tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Nieprzemijającą chwałą cieszy się żart o "Nadchodzącej/Nadlatującej Demokracji", która gotowa jest "spuścić ci wpierdol". Nie wolno jednak dopuszczać się uproszczeń, "eksport demokracji" nie był celem samym w sobie, miał to być środek zapobiegawczy. USA jako najbogatszy i najbezpieczniejszy kraj "wolnego świata" dwukrotnie umywał ręce od problemów po drugiej stronie Atlantyku, dwukrotnie w końcu był do tego zmuszony by bałagan sprzątać, gdyż nieograniczona wojna podwodna za każdym razem prowadziła do zagrożenia interesów Waszyngtonu. W dodatku, za drugim razem świat z zażenowaniem oglądał zachodnioeuropejski festiwal polityki ustępstw wobec nazistowskich Niemiec. Warto przy okazji pamiętać, że wybuch II wojny światowej nie był dla ludzi szokiem zwalającym z nóg. Widziałem kiedyś wyniki sondażu przeprowadzonego w sierpniu 1939 w USA, z których jasno wynikało - mniej więcej 3/4 ankietowanych uważało, że konflikt rozpocznie jeszcze na jesieni. Przecież każdy kto jest troszkę w temacie wie, że Chamberlain oddający Hitlerowi Sudety już wówczas był uważany za polityka naiwnego, każdy zna jakieś sentencje, z których niezbicie wynika, że każdy się wojny spodziewał, choćby słynne "To nie pokój to zawieszenie broni na 20 lat" (Foch o traktacie Wersalskim tuż po jego podpisaniu), czy "Mogli wybrać wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę i tak będą mieć" (Churchill po wspomnianym wyżej Monachium).

   Zarówno pierwsza jak i - zwłaszcza - druga wojna światowa pokazały jasno amerykańskim elitom, że izolacjonizm nie jest wyjściem, a wojnom lepiej zapobiegać niż brać w nich udział. Kiedy Amerykanie używali bomb atomowych w Japonii przeważył właśnie ten czynnik. Chodziło przecież tylko o to, żeby konflikt już się zakończył i umarło mniej ludzi (tak swoich jak i przeciwników). W bonusie doszedł jeszcze argument straszaka dla Moskwy - "Pamiętajcie towarzysze, my wiemy, że Armia Czerwona to największa siła konwencjonalna, ale my tutaj mamy coś więcej". Dzisiaj wiedząc jak atom rozprzestrzenił się po świecie łatwo jest się uśmiechać, ale warto pamiętać, że konstruowanie tej broni to były lata badań i koszta , których nie dało się z niczym porównać. ZSRR musiało na swoją wunderwaffe jeszcze poczekać, a przecież znamy przypadki ideowych komunistów z zachodu, którzy swoją wiedzą z Moskwą chętnie się dzielili.

   Silnym doświadczeniem i wstrząsem dla waszyngtońskich elit musiała być też utrata sojusznika na Dalekim Wschodzie jakim były Chiny. Odmówienie zdecydowanej pomocy Czang Kaj-Szekowi sprawiło, że USA stracił alianta o potencjale, którego można było napisać kilka opasłych tomów. Wybuch II wojny światowej, zmierzch mocarstwa w Paryżu, wyrok śmierci dla mocarstwa w Londynie i Moskwa instalująca satelickie rządy w kolejny krajach bloku wschodniego w połączeniu z utratą przez Kuomintantg wpływu na sytuacje w Państwie Środka doprowadziły pod koniec lat czterdziestych do palącej potrzeby stworzenia nowej polityki zagranicznej przez Waszyngton. Tutaj należy upatrywać źródeł amerykańskiego "eksportu demokracji" i z tej strony należy patrzeć na konflikt koreański czy wietnamski.

   Z perspektywy historycznej, kiedy spojrzymy na problem pod tym kątem, widać wyraźnie, że amerykańskie elity po prostu odrobiły lekcje. Oczywiście na przestrzeni dziesięcioleci system reagowania na każdy sygnał zebrał swoje żniwo, amerykańskie konto obciąża poza tym dogadywanie się z lokalnymi watażkami, wspieranie często najobrzydliwszych reżimów ze względu na ich przyjazną wobec USA postawę. Z drugiej strony, czy nie jest nam łatwo oceniać skutków "bombardowania demokracją" bez możliwości zapoznania się z tym co by było, gdyby Waszyngton znowu wrócił do Izolacji. Czy "odpuszczenie sobie" Korei, Wietnamu albo Europy Zachodniej nie doprowadziłoby do tego, że sowiecka dominacja zniszczyła by nie połowę a całość Starego Kontynentu? Czy oddanie pola jednostkom w typie Castro, Che Guevara nie zmiotłoby w końcu samych Stanów Zjednoczonych?

    Jest oczywiste, że nie może być pełnej zgody, na wszelkie poczynania USA i jasno trzeba sobie powiedzieć gdzie są granice. Wymyślanie sobie coraz bardziej absurdalnych powodów do wojny, w połączeniu z -jak sądzę - nierzadką u prezydentów tego kraju manią wielkości, wręcz obsesją by zapisać się na kartach historii. Proces przybrał karykaturalną formę już po upadku Związku Sowieckiego, kiedy wobec osamotnienia Waszyngtonu co raz częściej interwencje polegały na bezrefleksyjnym wchodzeniu w konflikty, których jedynym wynikiem były zbombardowanie miasta i postępujące bankructwo idei obrony demokracji.

   Niech wszyscy krytycy USA wstrzymają jeszcze oddech, amerykańskie elity nauczą się w końcu życia w nowej sytuacji. 20 lat ponad potrzebował Waszyngton by zacząć aktywnie uczestniczyć w światowej polityce, utrata Chin i Europy Wschodniej zaowocowały rozpoczęciem antykomunistycznej krucjaty na świecie. Ile czasu potrzebowała Moskwa by podnieść się po wojnie domowej i znaleźć nowe miejsce dla siebie po upadku idei światowej rewolucji? Chiny potrzebowały 100 lat od wojen opiumowych do zadeklarowania przez Mao końca wojny domowej żeby w ogóle zjednoczyć kraj, a następnych 40 by otworzyć kraj szeroko na świat.

   Oczywiście dla każdego myślącego człowieka jest oczywiste w jaki sposób zachodnie (a więc i nasze) media usprawiedliwiają działalność amerykańskiej machiny. Grzechy popełniane przez Waszyngton wciąż są z łatwością tłumaczone przez te same gadające głowy, którym włosy jeżą się na samą myśl o grzeszkach Moskwy. Powtórzę tutaj jednak wnioski, które nie raz już zapisywał w tym miejscu, dla nas sojusz z Rosją nie stanowi żadnej alternatywy. Dla żadnego Putina Polska nie będzie nigdy partnerem do rozmów. Zresztą podobnie jak dla Niemiec, które przed odrodzeniem rewizjonizmu chronią... amerykańskie wojska. Teoretycznym plusem naszego ślepego oddania Anglosasom wciąż pozostaje to, że w interesie USA leży utrzymanie statusu quo w naszym regionie.

   Podsumować wpis świetnie mogą słowa Richarda Nixona, który w polityce zagranicznej Stanów otworzył nowy rozdział "podkradając" Moskwie partnera (ideologicznego choć krnąbrnego) bez bombardowania miast: "Nie możemy za bardzo przepraszać za rolę Ameryki w świecie. Nie możemy zbyt wiele mówić o tym, co Ameryka zrobi. Innymi słow, uderzmy się w piersi, nałóżmy włosiennicę i, coż, wycofamy się, zrobimy to i tamto, i owo. Sądzę, że musimy powiedzieć: "Komu Ameryka grozi? Kogo wolelibyście widzieć w tej roli?"

Tuesday, August 11, 2015

Co nie zmieni się po wyborach?

   Wielkimi krokami zbliżają się zaplanowane na jesień tego roku wybory parlamentarne, po których najprawdopodobniej czeka nas spore przemeblowanie na rodzimej scenie politycznej. Na dzisiaj wszystko wygląda tak, że pytanie nie brzmi "kto wygra?", ale "jak wielka będzie różnica?". Kosmiczny jeszcze dwa lata temu scenariusz, w którym partia Kaczyńskiego samotnie zdobywa większość miejsc w nowym parlamencie zaczyna nabierać wyraźnych kształtów.

   Zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości najprawdopodobniej nie przyniesie takiego przełomu jakiego wszyscy oczekują. Jestem przekonany, że świat się nie zmieni, nie obudzimy się w żadnym "katolickim Iranie", ani nie będzie żadnej nowej jakości w nadwiślańskiej polityce. Choć co rusz słychać od zwolenników, że nareszcie uda się posprzątać ten burdel i zatrzymać falę postępującego rozluźnienia obyczajowego. Od przeciwników zaś dowiadujemy się, że spełnienie choćby części obietnic wyborczych zamieni nasz kraj w ruinę - pomimo świetnego zarządzania przez 8 ostatnich lat. Zresztą u tych drugich można zauważyć objawy dwójmyślenia, bo przecież nikt nie wytyka Ewie Kopacz absurdalnych obietnic tak jak wytyka Beacie Szydło, a nie oszukujmy się, w wyścigu po serca wyborców obie strony już dawno porzuciły choćby pozory liczenia się ze zdrowym rozsądkiem.

   Odłóżmy na chwilę rozważania na temat wewnętrznych spraw kraju. Wielu - zwłaszcza okopanych na bardziej radykalnych pozycjach - wskazuje, że PiS jest w istocie tylko "waszyngtońską agenturą", przeciwstawiając jemu PO i mainstreamową (choć nie tylko) lewicę jako "brukselską agenturę". Są to raczej nieusprawiedliwione próby uproszczania rzeczywistości na rzecz internetowych trolli, którzy nagle - po przeczytaniu 3 artykułów na niezależna.pl - stali się instant ekspertami od wszystkiego. Podobnie jak dla innych - czerpiących codzienne informacje z telewizji - stworzono, nieprawdziwe skróty myślowe: Putin = Hitler, Orban = przynajmniej Horthy/ Mussolini.

   Rozprawiając się z pierwszym mitem, nawet jeśli PiS faktycznie częściej dystansuje się od nadmiernej integracji europejskiej, warto zauważyć, że przecież traktat lizboński podpisał właśnie prezydent Lech Kaczyński, a w latach 2005-07 nie było żadnego poważnego weta ze strony polityków tej partii wobec UE. Wszelkie kontestacje brukselskiego kierunku przez członków największej siły opozycyjnej (jeszcze) obliczone są raczej na konsolidacje żelaznego elektoratu, niż na faktyczną walkę z unijną jednością. Tak jak ciężko zauważyć jakieś jawnie antyamerykańskie działania PO. Szczerze mówiąc ostatnia dekada w polskiej polityce międzynarodowej to rzecz, którą w ogóle ciężko zauważyć. Tak zwane "płynięcie w głównym nurcie" uskuteczniane przez Platformę od 8 lat, sprowadza się mniej więcej do sytuowania naszego kraju jako peryferyjnej bananowej republiki będącej w istocie rzeczy jedynie satelitą - a może i kolonią? - Niemiec. Radosław Sikorski jako minister spraw zagranicznych za swoją "pracę" powinien dostać przynajmniej dożywotni zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji państwowych. Oprócz żenującego "Obama-wanna-be" stylu (zamawianie pizzy itp.) i tragicznego występu na taśmach (wypowiedzi przekreślające w zasadzie swój dorobek, bo "robiących laskę Stanom Zjednoczonym" należy szukać chyba głównie w MSZ), minister Sikorski ośmieszył choćby strzępy własnej polityki zagranicznej, wspominanym przeze mnie nie po raz pierwszy, tweetem (nawiasem mówiąc "tweeterowa dyplomacja" godna państwa "istniejącego teoretycznie"). Gdy rozpoczął się Majdan ówczesny minister spraw zagranicznych krytykował Kaczyńskiego za obietnice pomocy Ukrainie, po czym w ciągu kilku dni/tygodni sam stał się zajadłym adwersarzem twardej polityki wobec Kremla... jak tylko okazało się, że Brukselskie elity podejmą jednak próbę wyciągnięcia Kijowa z orbity wpływów Moskwy. Jak mawia mój kumpel - takich wiernopoddańczych gestów nie było nawet w PRL za głębokiego stalinizmu.

   Śmiech przez łzy wzbudza fakt jak szybko polska delegacja przestała być zapraszana na jakiekolwiek szczyty dotyczące sytuacji za NASZĄ wschodnią granicą. Przecież jesteśmy, do diabła, prawie 40 milionowym narodem, który choćby ze względu na swoje położenie powinien odgrywać rolę naturalnego lidera w regionie, a jak to wygląda w praktyce? Trójkąt wyszehradzki już praktycznie nie żyje, stosunki bilateralne ze Słowacją i Czechami praktycznie zamarły jeżeli chodzi o coś więcej niż wymiana kulturalna i przygraniczne festyny. Z Litwą chyba gorzej było tylko w dwudziestoleciu międzywojennym, lodowate relacje z Białorusią można jeszcze wybaczyć biorąc pod uwagę, iż kraj ten jest w zasadzie skazany na ostracyzm  w świecie "zachodniej cywilizacji". Upaść na kolana i płakać - to zaś pozostaje jeżeli chodzi o relacje z Budapesztem. Podczas ostatniej wizyty Orbana szefowa rządu "przywoływała go do porządku" przed kamerami,a Jarosław Kaczyński nawet nie chciał się z nim spotkać. To pokazuje jak wielka jest ignorancja, krótkowzroczność i zaślepienie rodzimej klasy politycznej. Chciałbym usłyszeć choć jeden konkret dlaczego tak się wydarzyło. Orban podpisuje się przecież pod wszystkimi sankcjami wobec Rosji. Wystarczyło jednak by postawił się kilka razy Angeli Merkel (słynne zapytanie czy kanclerz ma zamiar przysłać do Budapesztu czołgi, bo "w tym Niemcy mają doświadczenie") i kilka razy zapytał o sens wstrzymywania wymiany handlowej z Moskwą by do "lokalnych kacyków" w Warszawie przyszły instrukcje z Berlina jak obchodzić się z unijnym "Bad Boyem".

   Stosunki z Ukrainą to zaś temat na zupełnie inny wpis, ale wydaje się, że nie wyczerpuje go żadna z dominujących narracji. Mainstreamowe pokazywanie Ukrainy po Majdanie jako kraju, który podnosi się z popiołów i stawia bohaterski opór barbarzyńcom ze wschodu jest tak bliski prawdzie jak stwierdzenie, że piszący te słowa ma uśmiech jak George Clooney. Nie wydaje się też by bliższy prawdzie był obraz kreowany w sieci przez rodzimych radykałów, jakoby Ukraina była zarządzana przez faszystów i banderowców, a prawy sektor rządził duszami za naszą wschodnią granicą (ledwie kilka procent poparcia), gdzie mieszkają tylko zrusyfikowani Polacy, albo spolonizowani Rosjanie, bo przecież "coś takiego jak naród ukraiński nawet nie istnieje". Prawda leży bardziej po środku. W Kijowie zasiadają nieudolni technokraci, którzy zarządzają krajem upadłym, istniejącym wciąż tylko dzięki pomocy z zewnątrz (z Brukseli, Waszyngtonu i z pieniędzy, które wysyłają swoim rodzinom rozsiani po Unii gastarbeiterzy).

   Czy zatem jesteśmy skazani na wariant przyjaźni z Rosją kosztem Ukrainy? Ten scenariusz jest po pierwszy niemożliwy do zrealizowania, a po drugie pozbawiony sensu. Prawicowe portale, na których można przeczytać peany pochwalne dla Putina jako jedynego obrońcy wartości w świecie zgorszenia i "genederów" (hahaha) nie chcą zauważyć faktu, że dla Moskwy nie ma czegoś takiego jak "partnerskie stosunki z Polską". W słowniku kremlowskich elit takiego zwrotu NIE MA. Oczywiście ciężko jest udowodnić, że ten termin istnieje jakkolwiek w świadomości naszych zachodnich sojuszników, ale zapędy Niemiec cały czas są temperowane przez kraje anglosaskie (Wielka Brytania + USA). Chociaż im też dajemy się dymać jak tania dziwka (15 milionów dolarów za więzienia CIA, w których prawdopodobnie odbywały się sceny zgodne raczej ze standardami białoruskimi to mniej niż w ciągu roku zarabia... Gareth Bale), to wątpię żeby nasz kraj wyglądał tak jak teraz gdybyśmy obrali prowschodni kierunek polityki zagranicznej. Poza tym nieufność wobec drugiej strony występuje nie tylko po stronie Polskiej, przecież to w rosyjskiej telewizji przedstawiany jest obraz mieszkańców naszego kraju jako kłótliwych pachołków zachodu i zdrajców Słowiańszczyzny. Żeby nie być naiwnym idealistą trzeba jednak jasno zaznaczyć USA dały Moskwie przykład jak gwałcić prawo międzynarodowe. Waszyngton - zwłaszcza za prezydentury Busha uznawał za fakt oczywisty, że sam stanowi prawo, stąd mamy ciężkie do wytłumaczenia interwencje w Iraku, Afganistanie, utworzenie Kosowa. Choć korzeni tego ostatniego należy szukać już w czasach Clintona, kiedy to wojska NATO wzięły aktywny udział w wojnie na Bałkanach w imię "praw człowieka" i - przede wszystkim - prestiżu USA, które zostały w latach 90 jedynym mocarstwem globalnym i zapragnęły pełnić rolę "policjanta świata". Biedny Clinton nie załatwił pokoju na Bliskim Wschodzie, więc postanowił spróbować szczęścia w innym - ogarniętym nacjonalistycznym szale - kotle. Efekty mamy do dzisiaj - obok Naddniestrza - Kosowo to chyba największy kanał przerzutowy wszystkiego co nielegalne do Europy. Przy tych niechlubnych kartach amerykańskiej polityki zagranicznej, "zielone ludziki" na Krymie jawią się być o wiele sensowniejszą interwencją. Nie może być dłużej tak, że polscy politycy do największego z naszych sąsiadów nawet nie jeżdżą i udają, że go nie widzą, a jeśli już to jako jakiś wschodnich barbarzyńców.  Warto jednak pamiętać - bez zgody przełożonych naszych lokalnych elit do żadnego zbliżenia z Kremlem, a cierpliwość zachodu wobec posunięć Moskwy skończyła się wraz z awanturą na Ukrainie.

   Apeluję o rozsądek raz jeszcze - pamiętajmy, że nie tak dawno temu zachodnie elity proponowały przecież reset w stosunkach z Rosją i nawet jeżeli było to tylko działanie na pokaz mające zapewnić zachodowi trochę czasu na wprowadzenie swojego planu (coś dla fanów reptilian), to ciężko uwierzyć, żeby Putin nie zdawał sobie z tego sprawy. Zresztą w dobie przedmajdanowej polityki uległości względem Kremla dochodziło do wielu zgrzytów, choćby bliski nam przykład nie oddania i zniszczenia wraku prezydenckiego Tupolewa, który nawet jeżeli rozbił się z winy pilotów (na co wiele wskazuje), powinien był być udostępniony stronie polskiej przy absolutnym minimum dobrej woli. Politycy PO dali wtedy kolejny popis swojej skuteczności na arenie międzynarodowej, o sprawie przypomnieli sobie dopiero... po Majdanie, wcześniej nie było tematu! Swoją drogą zastanawiające jest dla mnie jak ze sprawy zwrotu wraku samolotu można było zrobić tak absurdalną kłótnię, w sensie, chciałbym poznać choć jeden argument w obronie tezy, dlaczego nie warto było domagać się od Rosjan zwrotu naszej własności, posiadającej tak symboliczne (dla wielu) znaczenie. Z przykładów nieco odleglejszych warto wspomnieć o blokowaniu budowy elektrowni atomowej w Bułgarii przez ekologów finansowanych przez... nawet nie chce mi się kończyć tego zdania.

   Głównym grzechem nadwiślańskich elit jest postkolonialna mentalność, która nie znosi choćby zadawania pytań o sens jakichkolwiek działań, które mogłyby dzisiaj poddać pod wątpliwość naszą ślepą wierność wobec zachodu. Nie chodzi nawet o to, że mamy jutro wystąpić z Unii, a pojutrze zasilić BRICS, chodzi o fakt, że poddanie pod wątpliwość jakiejkolwiek instrukcji "z góry" natychmiast wywołuje szaleńczy gniew tzw. autorytetów w większości krzyczących tak jakby umiejętność samodzielnego myślenia była dla nich powodem do wstydu. Innym objawem peryferyjności klasy rządzącej krajem jest fakt zadowalania się mało istotnym, głównie prestiżowymi, stanowiskami w unijnym aparacie biurokratycznym. Oglądając telewizje, słuchając TOKFM czy czytając pismo/portal Tomasza Lisa można by uwierzyć, że Buzek czy Tusk na brukselskich posadkach są europejskimi półbogami i ukoronowaniem naszej drogi jaką przebyliśmy po 1945 roku. Żeby udowodnić jak niewiele takie myślenie ma wspólnego z rzeczywistością proponuję zapytać kogoś o jakiegokolwiek innego przewodniczącego parlamentu europejskiego. Zadowalamy się poklepywaniem po plecach rezygnując z własnego interesu narodowego. Czytając ostatnio książkę o Korei Północnej natrafiłem na zdanie mówiące o tym, że Kim Ir Sen zaszedł tak daleko bo potrafił odróżniać stanowiska z realną władzą od tych, które mają tylko prestiżowe znaczenie, zresztą to w zasadzie po II wojnie światowej był scenariusz we większości krajów demokracji ludowej, gdzie początkowo politycy o zabarwieniu wolnościowym nie raz zasiadali na wysokich stanowiskach państwowych, pozbawionych jednak realnej władzy. Szkoda, że nasze elity nie posiadły tej umiejętności.

   Od czasu wejścia do Unii Europejskiej nie ma już naszej polityki międzynarodowej, swoje osobiste wizje próbował jeszcze realizować  Aleksander Kwaśniewski w trakcie przemian na Ukrainy z połowy zeszłej dekady, a także Lech Kaczyński organizując przylot do ogarniętej wojny Gruzją. Prawdopodobnie zatrzymał on wtedy rosyjskie czołgi - w dłuższej perspektywie czasu warto jednak zauważyć, że w końcu ekipa Saakaszwilego i tak straciła władze, a Abchazja i Osetia Południowa wciąż pozostają poza jurysdykcją Tbilisi - czy wstrzymując się z ratyfikacją traktatu lizbońskiego, co rozpalało do czerwoności polityków PO i dziennikarzy telewizyjnych, "No bo jak to?! My będziemy uwsteczniać Unię?! My wiemy lepiej niż Bruksela?!". Warto przypomnieć okoliczności, Lech Kaczyński chciał by podpisanie dokumentu było aktem jednogłośnym w całej Europie, a w Irlandii odrzucono akt w pierwszy referendum. Ówczesny prezydent w końcu się ugiął, nie sposób nie uśmiechnąć się jednak myśląc o tym jak wygląda jednomyślność w UE - "głosujmy do bólu nad jednym świstkiem, a tych co nie chcą podnieść ręki nazwijmy czarną owcą".

   W 2015 roku Polska jest krajem w II lidze polityki międzynarodowej nawet w Europie, nie mówiąc o świecie. Trzymając się analogii piłkarskiej, w globalnych rozgrywkach walczymy by nie spaść do okręgówki. Niestety na horyzoncie brak chociażby spójnej wizji na temat tego jaka powinna być nasza rola nawet w najbliższym sąsiedztwie czy UE. Rodzimi politycy brak kompetencji próbują tuszować dobrą miną i zdjęciami z Cameronem czy Merkel.

Saturday, May 16, 2015

I co dalej?

W moim poprzednim wpisie wspominałem występ Kukiza i Hołdysa w Drugim Śniadaniu Mistrzów, udało się zebrać wtedy dwie muzyczne miernoty w jednym studiu w tym samym czasie. Lepsze wyniki w kolekcjonowaniu tego typu osobistości mają tylko festiwale typu Opole i Sopot. Tam bez żenady co roku Perfecty, Lady Panki, Maryle Rodowicz grają ciągle te same nuty, bo raz jedni mają 50 lat jubileuszu na scenie a innym razem inni 35 rocznice wydania przełomowej płyty. Wbrew zapewnieniom Agat Młynarskich wszystkich stacji Cugowski i Markowski to nie są ulubieni wykonawcy wszystkich pokoleń Polaków, oglądający telewizje po prostu nie mają szansy poznać innych.

Niedźwiedzia przysługa

Dzisiejszy wpis jednak nie jest o muzyce, a znowu o wyborach prezydenckich. Wspomniany już wyżej Zbigniew Hołdys wyznaje "Pomyślałem, że jakaś gigantyczna żyła wodna musi płynąć pod Polską i ryje ludziom dekle". Co skłoniło celebrytę specjalnej troski do takich wyznań? Okazało się, że oto Krystian Legierski, działacz LGBT, zapomniał już o zbrodniach reżimu kaczystowskiego, o "polskim Eichmannie" Zbigniewie Ziobrze i odda głosu na kandydata PiSu. Na koniec felietonu zrozpaczony Hołdys dodaje "To nie jest felieton antyDudowy – to jest felieton o ludzkiej pamięci. Pamięć o rządach PIS zanikła". Zapraszam pana szanownego "muzykanta" do życia za mniej niż 2776 zł na miesiąc, czyli jak 2/3 Polaków. Odliczmy czynsz za mieszkanie - koło tysiąca, wydatki na jedzenie - kilkaset złotych, raty za jakiś kredyt - kolejne kilka stówek i zostaje się 700 złotych. Mało? Można zarabiać jak 18% społeczeństwa - podkreślmy ten dramat, to jest jeden na pięciu dorosłych Polaków - poniżej 1423 zł - tę kwotę ciężko jest nawet racjonalnie rozdzielać na cokolwiek. Tyle jeżeli chodzi o ludzką pamięć.

Oprócz Krystiana Legierskiego, również Robert Biedroń zadeklarował, że nie odda swojego głosu urzędującemu prezydentowi. Jest oczywiste, że o ile PiS nie zrobi w tej kwestii nic o tyle również nic nie zrobi PO. 5 lat większości w sejmie + sprzyjający prezydent podpisujący wszystko jak idzie tego nie zmieniły, więc czemu ktokolwiek miałby wierzyć, że teraz coś się zmieni? Przy obecnym społeczeństwie, otaczającej nas kulturze jest już niemożliwe żeby PiS mogło wprowadzić ustawy antyhomoseksualne, również totalnym sci-fi jest karanie za in vitro. Próba takich działań z pewnością spowodowałaby olbrzymi wybuch niezadowolenia społecznego, który zmiótłby PiS, na dobre, w okolice kilku procent poparcia. Moim zdaniem akurat sprawa związków partnerskich i adopcji przez nich dzieci już dawno powinna być załatwiona specjalną ustawą, żeby uniknąć gorszących sporów i bezsensownego szastania idiotycznymi hasłami "Czy jesteśmy nowoczesnym społeczeństwem?", to tylko wzburza młodych niezadowolonych i nastawia ich przeciwko mniejszością seksualnym. Chociaż nie dajmy się zwariować to nie jest najważniejszy problem w Polsce, jestem przekonany, że 5 lat dobrobytu w Polsce i nikt nawet nie krzyknąłby "Veto!" przy wprowadzaniu odpowiednich ustaw.

Wywiad jakiego udzielił Leszek Balcerowicz w TVN24 z pewnością do historii nie przejdzie, ale pokazuje jak daleko idą ludzie "mainstreamu", architekci III RP, w strachu przed utratą wpływów. "W każdym poważnym kraju kandydatów rozlicza się z obietnic. Czy to jest w ogóle nieistotne w naszej demokracji?" - kuriozalne jest to, że słowa te zostały wypowiedziane pod adresem Andrzeja Dudy. Dlaczego? Bo okazało się, że obietnice kandydata PiS kosztowałyby 100 mld złotych. Jedną z nich tylko, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, Jacek Rostowski obliczył na 20 mld, czyli mniej więcej tyle ile wyparowało po słynnym transferze kasy z OFE do ZUS. Przypominam tylko, zabrano zgromadzone w funduszach 153 mld, a dług państwa zmniejszył się o 134 mld, na pytanie, gdzie pozostała kwota rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska dała już swoją słynną wypowiedź - symbolizującą arogancje władzy i pogardę wobec przeciętnego obywatela - "Nie wiem".

Podrygi paralityka

Co ciekawe nikt nie liczy obietnic obecnego prezydenta Komorowskiego, tzn. może nie zupełnie nikt. Nikt w telewizji, bo jak wiemy internet jest bezlitosny. I tak minister finansów Szczurek jeszcze miesiąc temu mówił "Ta zasada jest dla nas nie do przyjęcia. Wprowadzenie zasady rozstrzygania wątpliwych sytuacji na korzyść podatnika byłoby kompletną zmianą filozofii, która kłóci się z obecnym systemem podatkowym", zaś po porażce prezydenta w I turze nagle okazało się, że "MF za rozstrzyganiem wątpliwości na korzyść podatnika".

Od ściany do ściany odbija się prezydent szukając drogi wyjścia z beznadziejnej sytuacji. To nieudane wyjście na miasto, co Bronisław Komorowski mógł powiedzieć młodemu chłopakowi oprócz "Niech siostra zmieni pracę i weźmie kredyt"? Pewnie nie mógł powiedzieć wiele sensownego, ale taka buta kandydata związanego z obozem władzy, któremu zarzuca się oddalenie od obywateli, kończy się tylko potwierdzeniem słów politycznych przeciwników - arogancja władzy sięga zenitu. Jak skomentować najnowszy pomysł "Telefon do przyjaciela"? Akcje promowały dwie młode, fajne, aktywne dziewczyny (ciekawe jak długo musiały starać się o taką pracę u prezydenta, czy są zatrudnione za 1400 na umowę śmieciową?). W sztabie nikt nie zadał sobie też pytania: Czy jest coś bardziej irytującego niż dostawać telefon z prośbą żeby głosować na jedynego słusznego kandydata reżimu, który od 8 lat nas równo kroi?

  Tego, że prezydent nagle okazuje się zwolennikiem JOW-ów nawet nie ma sensu komentować - tutaj masakrują go wszyscy, równo. Ponieważ PO w 2007 była za zmniejszeniem liczby posłów i likwidacją senatu to zaraz się okaże, że Bronisław Komorowski przecież "od zawsze tego chciał". Co go powstrzymywało przez ostatnie 5 lat?

Co dalej?

Bardzo bym sobie życzył, żeby te wszystkie pytania, które ostatnio zadałem na swoim blogu, które zadawane są też w internecie były zadawane na debatach prezydencki, jednak dociskanie Komorowskiego przez Monikę Olejnik czy Piotra Kraśko wydaje się być o wiele bardziej egzotycznym widokiem niż Krystian Legierski głosujący na kandydata partii konserwatywnej.

Wpis ten zakończę smutną konkluzją, że jednak mimo wszystko - choć chciałby się mylić - wygra obecny prezydent, nawet jeśli środowisko LGBT, Jan Sowa z Krytyki Politycznej, Związki Zawodowe i inni będą krzyczeć by głosować na Dudę. 444 tysięcy to liczba urzędników w Polsce, większość ma żonę/męża, dziecko jedno, lub więcej. Część zatrudnia swoje dzieci, która też ma swoje drugie połówki. To jest spokojnie ponad milion głosów na starcie, a nie śpi również telewizja, której dziennikarze są raczej zainteresowani utrzymaniem statusu quo, (vide, nie pokazanie w głównym wydaniu Faktów ewidentnej wpadki związanego z PO Olechowskiego).

Zresztą niebezzasadne wydaje się być pytanie czy ewentualne zwycięstwo Andrzeja Dudy nie zakończy się porażką PiSu na jesieni. Przecież jest oczywiste, że każdy jeden pracownik kancelarii prezydenta Dudy będzie grillowany przez media, jakie jest jego stanowisko wobec katastrofy smoleńskiej, jak blisko jest Macierewicza (czyli najważniejsza rzecz dla działalności Kancelarii Prezydenta) itp. itd. Choć to przecież PiS wykorzystuje ten wątek, ech... szkoda gadać, lepiej zagłosować i pokazać władzy prawdziwą żółtą kartkę.

Tuesday, May 12, 2015

Przed II Turą

       Znamy już wyniki wyborów. Można śmiało stwierdzić, że sondaże wiele się nie pomyliły. Różnica między dwoma kandydatami, którzy zmierzą się ze sobą w II turze to mniej więcej 1% głosów - błąd statystyczny. Co zapamiętamy z I tury? Czego nas nauczyła? Jak zapowiadają się najbliższe 2 tygodnie? Zacznijmy od początku.

Plankton prawicowy

Wśród kandydatów z poparciem poniżej 5% progu wyborczego nie brakuje znanych nazwisk, ale po kolei - czyli od końca. Stawkę zamyka Paweł Tanajno, o którym zdążyłem się dowiedzieć, że powinien zmienić sytlówę. Wynik następnego Jacka Wilka z KNP pokazuje jasno, że w pewnym środowisku - wbrew temu co same lubi o sobie sądzić - panuje kult jednostki, program nie jest najważniejszy. Odsunięty od władzy lider pociągnął rzeszę wyborców w swoją stronę, stąd wynik pana Wilka tylko nieco powyżej 0,5%. Próbuję zrozumieć logikę jaką kierowali się członkowie Ruchu Narodowego wybierając Mariana Kowalskiego jako kandydata, albo inaczej, próbuję zrozumieć logikę jaką kieruje się ktoś udzielający poparcia temu ugrupowaniu. Niezależnie z jakim sensem by nie mówił, to po pierwsze, w naszej szerokości geograficznej tego typu inicjatywy kojarzą się dość jednoznacznie - tak samo jak nie ma partii komunistycznych, tak samo nie ma miejsca na narodowców. Ich kandydat zaś wyglądający jak typowy koks, nieważne od tego jak elokwentnie nie będzie się wypowiadać zawsze będzie sobą reprezentować dla mnie frazę "Co się gapisz? Wpierdol frajerze?". Rozumiem szczytne idee, które przyświecają temu środowisku, ale nawet gdyby jakimś cudem udało im się wejść na jesieni do sejmu, będzie to oznaczać co najwyżej podzielenie losu LPR-u po kilku żenujących wpadkach. Jeszcze raz podkreślam, rozumiem całą ideę: RedIsBad, odwołania do endecji, ale w dzisiejszej Polsce jest to oferta bez adresata. Podobnie jak propozycje następnego prawicowego kandydata Grzegorza Brauna, z jego pomysłem intronizacji Jezusa Chrystusa Królem Polski na czele. To już było, kiedy PiS był w sejmie i zawsze, kiedy myślę o tym dlaczego w społeczeństwie panuje tak głęboka niechęć do zaangażowanej prawicy, to widzę właśnie takie obrazki z lat 2005-07 (albo modlitwę o deszcz zorganizowaną w sejmowej kaplicy).

Odrzucony mainstream. Co dalej z lewicą?

Wynik Janusza Palikota pokazuje jasno, że ten pan jest już politycznym bankrutem. Wielu, pamiętając, że to właśnie on był właścicielem gazety, która na swojej okładce umieściła słynny już znak "Zakaz pedałowania", od początku ostrzegało przed głosowaniem na milionera. Ja mam natomiast wrażenie, że rekordowy elektorat Palikota, był tym czym dzisiaj jest elektorat Pawła Kukiza - masą niezadowolonych (O czym pisałem TUTAJ). Uważam też, że były polityk PO zraził do siebie część swoich wyborców wprowadzaniem do sejmu postaci związanych z LGBT i generalnie klubo-kawiarnianą lewicą, jestem przekonany, że wielu ludzi chciało pokazać po prostu żółtą kartką dla rządu, a nie wplątywać się w sam środek wojny ideologicznej (bo mimo wszystko, jesteśmy raczej społeczeństwem konserwatywnym). Z kolei u ludzi bardziej zaangażowanych Palikot przegrał bo nie walczył nigdy na prawdę o ich pomysły, nie było poważnych prób legalizacji narkotyków, związków partnerskich, zmniejszenia subwencji, większość postulatów ugrzęzła gdzieś po drodze, a w kluczowym dla tej kadencji sejmu momencie posłowie jego partii podnieśli ręce za podwyższeniem wieku emerytalnego - czym dali pożywkę dla wszystkich uważających ich za "komórkę PO" (Teoria głosi, że PO zawarła pakt w ramach, którego miał on zabrać wynik lewicy i być ewentualnym koalicjantem, jeśli głosy PSL-u nie wystarczyłyby do osiągnięcia większości). Wyborcy poczuli się - nie bez racji - wykorzystani.

Inne są przypadki Adama Jarubasa i Magdaleny Ogórek. Oboje zdecydowali się poprowadzić kampanie w częściowym oderwaniu od oficjalnych linii partii ich popierających. Kandydat PSL-u otrzymał wynik w gruncie rzeczy nie różniący się wiele od tych jakie w przeszłości otrzymywali Jarosław Kalinowski i 5 lat temu Waldemar Pawlak. Wbrew temu co chce sądzić fanpage Żelazna Logika - "Gdzie podziali się zwolennicy PSL?", po raz kolejny potwierdziło się, że Ludowcy w wyborczej olimpiadzie wolą inne dyscypliny niż zmagania o fotel prezydenta. Odmienna zaś jest historia pani Ogórek, której poglądy jak sądzę mogłyby śmiało przypasować większości Polaków, ale fatalnie przeprowadzona kampania odebrała szansę na myślenie o choćby przyzwoitym wyniku. Wystawienie atrakcyjnej blondynki i zakazanie jej odzywania się? Przecież to jest samobój najczystszej próby, jak ktoś mógł w ogóle w Sojuszu na to pozwolić? Później zaczęły się tarcia w samej partii, czy popierać kandydatkę czy też nie, odwracanie się polityków gdy sondaże zaczęły spadać w dół. Ktoś powinien za to odpowiedzieć, ale biorąc pod uwagę jak twardo trzymają się u szczytu politycy z poprzedniego rozdania wygląda na to, że Leszek Miller gra ze swoim elektoratem w grę "kto pierwszy umrze". Komentarza nie wymaga również fakt, że wewnętrzną opozycje uosabia Grzegorz Napieralski, mój pilot od telewizora ma więcej charyzmy.

Kandydacie antysystemowi.

Janusz Korwin-Mikke. 4 lata temu napisałem w przywołanej przy okazji Janusza Palikota notce: "Korwin-Mikke może zakładać jeszcze dziesiątki nowych partii, ale dopóki nie zacznie być politykiem, a nie hybrydą sfrustrowanego przedsiębiorcy, publicysty i rozdętego ego nie ma szans na wejście do realnej polityki". Niestety postępująca demencja starcza nie wybacza. Wielu z was wie, że jestem żelaznym elektoratem tego właśnie kandydata, ale nie zamierzam się czarować. Fakt, że mój głos oddaję na kogoś takiego świadczy tylko o stanie polskiej sceny politycznej. Co raz cięższe staje się ciągłe tłumaczenie, że Korwin nie miał tego na myśli. Wypowiedzi jak ta o pobudzaniu ciekawości dziewczynek itp. to już nie są medialne przeinaczenia. Jeżeli polityk wie, że media polują na każdą jego kontrowersyjną myśl nie może sobie po prostu pozwalać na coś takiego, abstrahując od tego, że wygadywanie takich głupot świadczy tylko o jego ciężkim umysłowym ograniczeniu. Pisałem o tym wszystkim już 4 lata temu we wpisie "Pożegnanie z Afryką". Z wiekiem przychodzą też doświadczenia, dzisiaj po pracowaniu trochę to tu, to tam, wiem, że obniżenie kosztów pracy nie pociągnęłoby za sobą automatycznie wzrostu płac.

Byłem zatrudniony na czarno w fabryce, w której wszędzie latały opiłki metalu i ciąłem blachy piłami tarczowymi, a pracodawca jeżdżący Audi A6 nie kupował nam rękawiczek do pracy (3zł/sztuka), czy nie ogrzewał sali, każąc nam ubierać się cieplej (w lutym, kiedy leżał śnieg). Jeżeli byłem zatrudniony na czarno to nie było żadnych kosztów pracy - moja wypłata ciągle wynosiła go mniej niż gdybym był zatrudniony nawet na najniższą krajową (wliczam pensje + koszty). Inna historia z życia, znam przedsiębiorcę, który z jednej ze swoich kilku działalności ma 50 tysięcy. Zatrudnienie znajduje tam kilka-kilknaście osób (nie jest to praca fizyczna), każda zarabia najniższą krajową, niezależnie czy pracuje rok, czy pięć. Umówmy się, że podwyżka dla każdego nawet o 200zł uszczupliłaby jego dochód, z tego tylko jednego biznesu, o około 5000 - dla niego to nic, ale podwyżki nie da, bo przecież on się dorobił, a reszta ma zapieprzać to może kiedyś ktoś się wybije. Dlatego uważam, że oprócz obniżenia kosztów, które jest niezbędne, trzeba też podwyższyć płace minimalną - co zdaniem korwinistów byłoby socjalizmem, a to już najciemniejszy odcień zła. Niestety u nas w kraju brak jest poczucia solidarności. Ciekaw jestem czy obniżenie kosztów pracy sprawiłoby, że międzynarodowe sieci sklepów typu Tesco zwiększyłyby wypłaty dla pracowników. W to wierzyć mogą tylko najzagorzalsi akolici JKM. Zawsze pozostaje argument, że przecież można skończyć szkołę i pracować w normalnym miejscu i ok, ale zwróćmy uwagę, że w wielu krajach Unii Europejskiej można robić dokładnie TO SAMO i zarabiać 4 razy tyle, a koszty utrzymania są zbliżone do naszych. Zresztą wszyscy znamy wiele przykładów, kiedy ludzie kończą studia i później stają przed wyborem "robić byle co czy umrzeć z głodu" - wszyscy wiemy też, że nie dotyczy to tylko absolwentów wymyślnych kierunków humanistycznych.

Kończąc wątek Korwina chciałem jeszcze powiedzieć, że żal mi Przemysława Wiplera, który odszedł z PiSu, gdy partia ta miała najwyższe notowania, by poszukać sprzymierzeńców w walce o wolny rynek i normalność. Pomagał kandydatowi jak tylko mógł, a kiedy już po kampanii skrytykował go za niepotrzebną dyskusję z Kukizem o JOW-ach (w trakcie debaty) zostaje oblewany pomyjami przez wyznawców starszego pana z muszką, że jest sprzedawczykiem i chorągiewką. Słyszałem też opinię, że Wipler próbuje się tylko wybić przy Korwinie, no cóż to najbardziej kuriozalne zdanie jakie słyszałem w życiu. Wygląda na to, że były poseł PiS jest pierwszym politykiem w historii III RP, który uznał, że podawanie ręki JKM się opłaca.

Świetny wynik uzyskał wspomniany już Paweł Kukiz. Nie czuje się jednak na siłach, by oceniać ten wynik poważnie. Od początku byłem sceptyczny wobec tego kandydata, który uosabia z sobą tylko niechęć do mainstreamu i nic więcej - choć sam twierdzi inaczej. W swoim życiu nagrał dużo żenujących i słabych piosenek ("Całuj mnie" i "Bo tutaj jest jak jest" to klasyk gatunku - beznadzieja). Paweł Kukiz jest liderem wśród grupy wyborczej "Uczeń / student", był najczęściej wybieranym kandydatem przez ludzi poprzednio nie głosujących, lub głosujących na Ruch Palikota (dane z TEGO sondażu). Bardzo dobrze, że pojawił się na scenie politycznej kolejny gracz demaskujący propagandowe media i wytykający oderwanie od rzeczywistości politykom obecnie rządzącym, ale to trochę mało. Poza tym ja wciąż pamiętam jak przed poprzednimi wyborami Marcin Meller zapowiedział, że nie będzie głosować na PO i zaprosił Tuska do studia "Drugiego śniadania mistrzów". Tam oprócz ówczesnego premiera i prowadzącego program naczelnego Playboya, siedział właśnie Paweł Kukiz, wtedy jeszcze zakochany w platformie (w programie był również inny "świetny inaczej" polski muzyk - Zbigniew Hołdys). Całość do obejrzenia w TUTAJ.

A w drugiej turze...

Politycy PiS już zaklinają rzeczywistość i ogarnia ich euforia, ale jest jeszcze za wcześniej. Po pierwsze umówmy się jasno, to nie Andrzej Duda jest wielkim zwycięzcą tylko Bronisław Komorowski wielkim przegranym. Obecnie urzędujący prezydent potwierdził, że jest fatalnym politykiem. Zapewne ciążył mu też troszkę balast jego platformerskiego pochodzenia. Arogancja obozu rządzącego, który próbuje zaklinać rzeczywistość wraz z medialną kliką, że oto jest pięknie. Podwyższenie wieku emerytalnego, olanie obywateli, którzy pragnęli referendum w tej sprawie, olanie przez samego prezydenta inicjatywy Kukiza, kiedy ta jeszcze nie miała za sobą tak szerokiego frontu wyborców. PO pokazuje przez 8 lat rządzenia, że jest niezdolna do jakiejkolwiek reformy na rzecz obywateli, a działania "ciężkie, ale niezbędne" podejmuje tylko pod naciskiem Berlina, Brukseli, MFW i Banku Światowego, bo jeśli nie oni to do władzy dojdzie ten straszny PiS, a wtedy to zobaczycie! Tylko, że zaklęcia przestają działać, obywatele są zmęczeni tym mydleniem oczu. Autostrady, po których żeby jeździć trzeba nie rzadko wydawać więcej za sam przywilej niż za benzynę (powiedzcie, że to nie jest chore?), wypowiedzi jak ta Julii Pitery o tym, że obniżenie podatków zabije małe firmy, albo tweet ministry Muchy, która jechała normalnym pociągiem (TUTAJ) i dziwiła się, że takie coś jeszcze jest. Afera podsłuchowa, która pokazała, że władzy wolno wszystko, bo nie jest ważne kto co powiedział, ale kto nagrywał! Więc generalnie politycy mogą powiedzieć co chcą, że państwo istnieje teoretycznie, a szef MSZ-u opowiada o robieniu laski Amerykanom. Po prostu politycy PO traktują już ten kraj jak swoją własność, mają za sobą media, w których dominują ludzie o raczej niezbyt konserwatywnych poglądach i tak to się toczy. W telewizji można było zobaczyć codziennie co robił Bronisław Komorowski w trasie, jak spotykał się na ustawianych wiecach, gdzie przychodziły dzieciaki, które bez zażenowania do kamer mówiły, że dzięki temu nie mają lekcji. A inni kandydaci? Ogórek była bez końca wykpiwana, Korwin-Mikke, gromadzący codziennie pełne sale młodych ludzi, był pokazywany tylko, gdy powiedział coś głupiego. Andrzej Duda zanim wypowiedział słowo, już miał ustawioną prasę, że jest tylko pionkiem Kaczyńskiego, a gdzieś tam czai się też Macierewicz. Wszyscy są albo niebezpieczni, albo się nie znają, rację - wg. telewizji - miał tylko Bronisław Komorowski apelujący o ZGODĘ I BEZPIECZEŃSTWO, po czym atakujący wszystkich domagających się zmian, że o to są radykałami, a tylko on jest ostoją rozsądku. Spoty przedstawiające miotanie się Dudy w sprawie In Vitro komentowały i analizowały całe sztaby ekspertów i "autorytetów" (z zupełnie innej beczki totalnie żenujący spektakl w wykonaniu kandydata PiS), a tymczasem, nikt nie rozliczył PO i Komorowskiego, nikt w TV nie zadał pytania, ale jak to, co z JOW-ami, które obiecaliście? Co z tym, że mówiliście, że nigdy nie podniesiecie podatków, bo jesteście liberałami? Co z tym, że obiecywaliście, przy okazji poprzednich wyborów, nie podnosić wieku emerytalnego?  Co z likwidacją senatu? Co z ustawą w sprawie związków partnerskich? Co z ograniczeniem liczby posłów? Co z tym, że utrzymanie świty Komorowskiego kosztuje podatników więcej niż utrzymanie dworu brytyjskiej królowej?

Tych pytań w telewizji nie zobaczyliśmy, zobaczyliśmy za to spektakle obśmiewania innych kandydatów. Jak traktować poważnie Rostowskiego wyliczającego ile kosztowałyby obietnice Dudy, kiedy można policzyć ile państwo kosztuje ciągłe zwiększanie zatrudnienia w administracji? Można policzyć ile będzie kosztować finansowanie in vitro, które przecież nie jest niczym innym jak tylko kiełbasą wyborczą, ad hoc przygotowanym projektem pokazującym PO jako nowoczesną partię w opozycji do staroświeckiego PiS-u. Jest po prostu najgorszym graniem na emocjach, każdy chce mieć szanse na dziecko, kiedy już wykończony przez nerwy związane z niepewnością zatrudnienia, wielkością wypłaty i kilkoma kredytami, będzie żyć na- prawie już swoich (jeszcze 15 lat hipoteki) - kilkudziesięciu metrach kwadratowych i wieku 39 lat stwierdzi, że teraz jest czas na dziecko, bo w końcu jakoś sobie żyje i może sobie pozwolić raz na rok czy dwa na Tunezję Last Minute. Żeby była jasność, ja nie mam nic przeciwko in vitro, ale czy nasz kraj stać na jeszcze jedną fanaberię, kiedy już teraz musimy transferować pieniądze z OFE żeby dopinać budżet? Słusznie zauważył Paweł Kukiz, że matka z chorym dzieckiem, nie jest w stanie dać sobie rady. Nie wszystko jest refundowane co być powinno, nie rozwiązujemy strukturalnych problemów w służbie zdrowia, nie reformujemy KRUS-u, czy górnictwa, a bawimy się w następną rzecz, ale jak mówiłem - wyborczy wybieg po "postępowy" elektorat.

To wszystko było już tak tragiczne, że ludzie musieli powiedzieć dość. Wbrew jednak pobożnym życzeniom PiS elektorat niezadowolonych nie opowie się jednomyślnie za Andrzejem Dudą. Zostawiłbym na boku, straszenie Macierewiczem, czy Kaczyńskim. Największa partia opozycja ma wciąż wielu przeciwników, oprócz tych najbardziej zmanipulowanych przez TV (wspominałem kiedyś o wypowiedzi telewidza ze Szkła Kontaktowego "Co ma w logo Amber Gold? Krzyż! A Kto broni krzyża?", w najbliższej rodzinie zaś słyszałem o tym, że "Jarek rucha kota! I jak powie w PiS, że trzeba ruchać kota, to wszyscy będą ruchać kota, a kto nie ten będzie wyjebany z partii" - niestety, ale ta osoba nie kojarzyła jak z PO żegnał się Olechowski, Rokita, Piskorski, Gilowska i jak gnębiony był Schetyna). Są wyborcy, którzy nie postawią na Dudę ze względu na ów incydent z in vitro, który obrazuje szersze zjawisko. Bardzo dobrze, że kandydat, nie boi się powiedzieć, że jest katolikiem, ale OCZEKIWANIE, na decyzje episkopatu to jest w kraju o jakichkolwiek cywilizowanych standardach co najmniej żenujące. Andrzej Duda będzie nieakceptowalny dla elektoratu domagającego się legalizacji narkotyków, związków partnerskich i dużej rzeszy, antyklerykalnie - nie bez racji - nastawionych wyborców.

Co wybiorą ludzie dowiemy się już za niespełna dwa tygodnie. Andrzej Duda nie jest kandydatem dla wszystkich, niemniej kolejne 5 lat z chłopem oderwanym od pługa,który w japońskim parlamencie wchodzi na krzesło i rzuca "mój szogunie", operując tym samym najbardziej płytkim stereotypem w stosunku do trzeciej gospodarki świata - Japonii, to będzie 5 lat straconych. Mój głos, niestety, powędruje do kandydata PiS, ale robię to bez cienia radości, tylko dlatego, że mam dosyć tego oszukiwania. W 2007 roku byłem gotów umierać za PO, ale dzisiaj mamy inne realia. Przez 8 lat nie było żadnej reformy państwa, która nie drenowałaby kieszeni szarych obywateli, żadnej spełnionej fundamentalnej obietnicy sprzed wspomnianych wyborów. Donald Tusk śmiejący się z Kaczyńskiego, że tylko facet bez prawa jazdy może zwiększać liczbę fotoradarów w Polsce, po czym robiący coś zupełnie odwrotnego po dojściu do władzy - to jest obrazek zbyt często powtarzający się w różnych konfiguracjach w mojej głowie żebym mógł po prostu "olać ten temat".

Zdaje sobie sprawę z faktu, że prezydent niewiele może, ale tu nie chodzi o to, że liczę na to, że Duda nagle obniży wiek emerytalny, czy wprowadzi JOW-y (zły pomysł). Liczę, że ta władza dostanie w końcu nauczkę i zobaczy, że nie jesteśmy jakąś tępą masą, którą można pomiatać. Wniosków z porażki nie wyciągnęła skoro dzień po porażce Komorowski ogłosił, że o to on teraz będzie bardziej z wyborcami i zorganizuje referendum. To są działania chybione, jak celnie zauważył Artur Celiński "Decyzja Komorowskiego o zarządzeniu referendum w kwestii JOW-ów kilka godzin po bolesnej porażce w pierwszej turze wyborów prezydenckich pokazuje, że on i jego środowisko nie rozumieją nic z tego, co się dzieje. W takiej sytuacji nie pozostaje im nic innego, niż wezwanie racjonalnych Polaków do obrony przed tymi radykalnymi marudami, którzy mieliby popsuć polską atmosferę sukcesu. (...) Nie zauważyli, że ich powtarzane metodą zdartej płyty tezy o tym, że musimy być wspólnotą; że jest lepiej niż było kiedykolwiek wcześniej; i że racjonalnie jest w tej sytuacji wybrać zgodę i bezpieczeństwo przypominały bardziej strategię komunikacyjną społecznie odpowiedzialnej korporacji niż wiarygodną propozycję polityczną. (...) Tak samo, jak nie rozumie tego kierownictwo Gazety Wyborczej, która beznamiętnie powtarza, że jedyną słuszną opcją jest głosowanie na tych, którzy dają szansę na wygodne życie przede wszystkim dla tych, którzy już dzisiaj żyją wygodnie." (Całość artykułu TUTAJ).

Kogo nie wybierzemy, to i tak wybór między kiłą a cholerą. Ja ze swojej strony apeluję o ukaranie rządzących. Pamiętajmy, że walka o prawdziwą władzę odbędzie się dopiero na jesieni.

Sunday, August 17, 2014

Kto przygarnął Putina?

  Polska jako kraj jest bananową republiką, to fakt, który ciężko podważyć. Podobno o więzienia CIA, w których torturowano terrorystów walczyliśmy z Kambodżą i Tajlandią. O ten niewątpliwy zaszczyt walczyć trzeba było ciężko aby POKAZAĆ. Udowodnić, że to my jesteśmy najwierniejszym z najwierniejszych sojuszników. Dzisiaj, kiedy mamy wypłacić milion złotych odszkodowania za ten proceder tupiemy nogą i wskazujemy na Waszyngton, jakbyśmy byli ślepi i nie wiedzieli co się działo np. w Guantanamo. Oczywiście Barack Obama, kiedy już skończy oglądać mecz New York Knicks - Chicago Bulls i usłyszy o pretensjach Polaków co najwyżej się chwilę będzie śmiał po czym zapomni o całej sprawie. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nasz "sojusz" z USA jest równie beznadziejny co bezalternatywny.

  Unia Europejska wciąż pozostaje zbyt zajęta podziwianiem wiatraków i pisaniem kolejnych regulacji. I kto by w niej akurat nie przewodniczył (a kto teraz przewodniczy? Bo po niemalże historycznej polskiej prezydencji nie udało mi się zaobserwować już żadnej innej) to nic się nie zmieni. Przeciętny Kowalski w Polsce nie zauważy prostej zależności na Zachodzie najpierw bogacili się ludzie, a później powstały wszystkie wspaniałe błyskotki. U nas natomiast odwraca się proces i zaczyna się od autostrad (do opasłego tomu śmiesznych opowieści na ich temat należy dołożyć szeroko relacjonowane we wszystkich mediach informacyjnych podniesienie szlabanów na bramkach na A1) i "fajnych placów zabaw" czy super nowoczesnych oper, a nie daje się praktycznie szans na normalne życie młodym ludziom (stąd wciąż rosnąca i nie mogąca znaleźć ujścia frustracja młodych). W jednym zdaniu: Dla USA jesteśmy mniej więcej tak samo ważni jak Czad czy Angola, a dla UE jesteśmy kolonią, "czarnuchami" Europy, których można przekupić iluzją, że "coś się dzieje".

  Próba szukania nowych sojuszy również jest karkołomna. Uległość Tuska wobec Putina i jego niemalże wasalna postawa nie przyniosła żadnego realnego ocieplenia czy zbliżenia. Pozostał tylko wstyd, a ukoronowaniem tego procesu jest fakt, że czarne skrzynki prezydenckiego Tupolewa wciąż leżą sobie w Moskwie (a może w Kazaniu? Irkucku?). Polska nie potrafi wznieść się ponad kompleksy i wciąż rządzą nami jacyś lokalni kacykowie czy to z dawnego moskiewskiego rozdania (Miller, Kwaśniewski, Oleksy) czy z nowszego brukselsko-berlińskiego (cała armia euroentuzjastów). Sen o bardziej podmiotowej niż przedmiotowej polityce obecny jest tylko w umysłach prawicy wychowanej na Sienkiewiczu i młodej, pozbawionej kompleksów części społeczeństwa, która w dorosłe życie wchodziła, kiedy nasz kraj w strukturach europejskich znajdował się już kilka dobrych lat.

  Podobny problem - uzależnienia politycznego - dotyka wiele państw świata. Wielu przywódców jest zdanych na łaskę swojego ludu czy pieniądze zza granicy. Nie mam tutaj na myśli tylko głów państw demokracji zachodniej. Na to żeby nie wdepnąć na minę musi uważać również Władymir Putin. Co gorsza - dla gospodarza Kremla - w tę sytuację wpakował się on sam z pełną świadomością, a może został po prostu ograny?

  Europa bardzo długo pozostawała obojętna na rosyjski imperializm. Nie zmieniały tego ani lokalne akcje w stylu odmowy pomocy tonącym marynarzom na Kursku, ani wysadzenie bloku mieszkalnego z niewinnymi cywilami w Moskwie po to by zyskać casus belli przeciwko Czeczeńskim bojownikom. Zabójstwo Litwinienki (na terenie Unii Europejskiej!) czy Anny Politkowskiej w dniu urodzin Putina. Nastawienia w stosunku do Moskwy na zachodnich salonach nie odmieniła nawet interwencja zbrojna w Gruzji, kiedy to rosyjskie czołgi znajdowały się już 40 kilometrów od Tbilisi. Niezależnie od przyczyn katastrofy prezydenckiego Tupolewa umówmy się, że 9 na 10 krajów na tej planecie byłoby bardziej skorych do współpracy w takiej sytuacji i żeby była jasność - nie oskarżam Rosji o rozsiewanie helu, używanie broni magnetycznej, działek plazmowych czy zmutowanych Raptorów samobójców. Wiadomość o tym, że od 4 lat nie możemy doprosić się wraku samolotu czy  czarnych skrzynek musiała jednak dotrzeć nawet na salony w Brukseli czy Waszyngtonie, jednak i na to zachód (podobnie jak Polskie władze) przymknęły oko.

  Tymczasem Władymir Putin karmiąc rosyjski imperializm stał się jego zakładnikiem. Dlatego dzisiaj nie może tak po prostu odpuścić sobie Ukrainy. Wywindował oczekiwania swojego społeczeństwa na tyle wysoko, że ewentualny upadek mógłby być zbyt bolesny.

  W między czasie pomimo oczywistych i naturalnych powiązań z zachodem znalazł sobie nowego partnera. Wyobraźcie sobie, że w 2012 roku aż 27,6%* całego rosyjskiego eksportu trafiało tylko do 3 krajów Unii Europejskiej (Holandii, Niemiec i Włoch). Z tego jasno widać i nie dajmy sobie mydlić oczu - Rosja straci na sankcjach, jest to broń obosieczna, ale nie jest ona pozbawiona sensu, bo głównym partnerem handlowym dla Moskwy jest wciąż zachód. Władymir Putin przelicytował.

  Wygląda więc na to, że KOMUŚ bardzo zależy na poróżnieniu Moskwy z Brukselą. Nie jest to jednak osoba, jest to cały sztab ludzi. Co więcej ten sztab ludzi ma swoją oficjalną nazwę, logo i działa zupełnie legalnie w najludniejszym państwie świata. Baczni obserwatorzy międzynarodowej polityki z pewnością nie uniosą nawet brwii, gdy to przeczytają. Rosja jest na smyczy, a tajemniczą ręką, którą zaciska się jej końcu jest licząca 86 milionów ludzi Komunistyczna Partia Chin.

  Współpraca jaka nawiązała się pomiędzy oboma krajami swoje korzenie ma blisko dwie dekady temu, najpierw w ramach Szanghajskiej Piątki, później Szanghajskiej Organizacji Współpracy, aż w końcu powstał BRICS (Brasil, Russia, India, China, South Africa). BRICS zrzesza kraje, które nie zgadzają się na zachodniocentryczny punkt widzenia świata. Państwa w ramach BRICS negują istniejący systemu walutowy, negują istniejący porządek świata, w którym ciężar decyzyjny znajduje się na wykastrowanych Stanach Zjednoczonych i pochłoniętej nieistniejącymi problemami Unii Europejskiej. Z całą pewnością dla Moskwy, która szukała swojego miejsca na mapie od czasu upadku ZSRR, współpraca z takimi krajami daje obietnice, że być może pewnego dnia to właśnie Kreml znowu stanie się jednym z punktów centralnych globu.

  Zapytacie jednak co na tym mają zyskać Chiny? W jaki sposób Pekinowi może zależeć na wzroście znaczenia Rosji? Wiktor Suworow w swojej książce "Lodołamacz" opisał jak Stalin karmił Hitlera, wysyłał mu materiały, których potrzebował, organizował wspólne manewry, podpisał rękoma Mołotowa pakt o podziale Europy wszystko to miało jeden cel - III Rzesza i demokracje zachodnie miały znowu wykrwawić się tak jak miało to miejsce 20 lat wcześniej w ramach I wojny światowej. Wtedy 5 milionowa armia radziecka przeszłaby i bez oporów zaniosła kaganek komunizmu zniszczonej Europie. Hitler nie atakował Stalina dlatego, że chciał zdobyć Lebensraum, miał go dosyć na najbliższe kilkanaście/kilkadziesiąt lat w podbitej Polsce. Operacja Barbarossa była koniecznością. Koniec końców, nie ma sensu się nad  tym rozwodzić tutaj i teraz.

  Chiny potrzebują rzucającej się Rosji, potrzebują szczekającego psa, który będzie kąsał świat zachodni po kostkach. Pekin wie o tym, że UE nie może reagować gwałtownie dopóki jest uzależniona od gazu ze wschodu. A będzie uzależniona tak długo jak w imię ochrony środowiska nie ruszy tego pochodzącego z łupków, lub Waszyngton nie otworzy swoich rezerw na nasz rynek. Oczywiście Chiny w dającej się przewidzieć przyszłości nie będą wysyłać czołgów do Berlina, Warszawy, Ankary, ani generalnie nigdzie. Potrzebują jednak czasu, potrzebują nieograniczonych zbrojeń, muszą wyglądać na partnera godnego zaufania. W cieniu rosyjskiego imperializmu, płonącego Bliskiego Wschodu, rzezi chrześcijan w Afryce rosnąca potęga jakiegoś zasiedmiogórogrodu nie wydaje się być problemem. Oczywiście wciąż mówimy o perspektywie raczej dziesięcioleci. Poza tym nie sądzę żeby, kiedykolwiek miały zdecydować na jakąś absurdalną wojnę w Europie, ale inaczej będzie się rozmawiać z krajem, który posiada najpotężniejszą armię na świecie.

  Władymir Putin z wielką pompą ogłosił podpisanie z chińczykami umowy na gaz opiewającej na 400 miliardów dolarów. Akt ten był jasnym przekazem ze strony Pekinu: "Nie obchodzi nas co się dzieje w jakimś Kijowie, róbcie swoje". Ze względów finansowych, gdy już podzieli się to na 30 lat to nagle okazuje się, że pieniądze wcale nie są kosmiczne - ponad 13 miliardów rocznie. To mniej niż... kwota jaką Rosja chciała przekazać Ukrainie w grudniu 2013, kiedy łączna korzyść dla Kijowa mogła osiągnąć 17 miliardów dolarów**. Scenariusz się nie udał, Majdan się nie rozszedł, a Janukowicz musiał uciekać. Teraz postawiona pod ścianą Moskwa będzie potrzebowała każdego centa żeby domykać swój budżet, zwłaszcza jeżeli sytuacja pomiędzy Dnieprem a Donem się nie zmieni, lub zacznie jeszcze bardziej zaostrzać.

  Fakt jest taki, że w przypadku,w którym zachód zdecyduje się na ograniczenie importu gazu z Rosji, Moskwa będzie mogła obrócić się tylko w kierunku Chin. Putin jest zakładnikiem Pekinu. Warto zauważyć w tm miejscu, że dla Państwa Środka Kreml jest żadnym partnerem handlowym, dużo większe powiązania istnieją z Koreą Południową, USA, Japonią, Niemcami, Australią, można tak wymieniać i wymieniać***.

  Sojusz między oboma krajami trwać będzie więc tak długo jak długo Komunistyczna Partia będzie uznawać go za sensowny politycznie, a Władymir Władymirowicz dobrze wie, że staje się przedmiotem międzynarodowej rozgrywki na szczytach.

* - https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/geos/rs.html
** - http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2013-12-18/porozumienia-w-moskwie-warunkowe-wsparcie-rosji-dla-janukowycza
*** - https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/geos/ch.html

Monday, August 11, 2014

Najgorszy temat świata.

  Spośród tematów do rozmów są te bardziej przyjemne, kiedy rozmawiamy z kimś o Ferrari czy Porsche, których najprawdopodobniej i tak nigdy nie będzie dane nam poprowadzić, ale które wszyscy uwielbiamy i stanowią rozrywkę samą w sobie ze względu na ich niezaprzeczalne piękno. Są też tematy mniej przyjemne, jak na przykład nieustająca irytacja, że żyjemy w kraju, gdzie początkujący przedsiebiorca musi zmagać się z obciążeniem podatkowym tak wielkim, że szansa na rozkręcenie ciekawego bisnesu jest bliska zeru. Kiedy wkurzamy się, że wykonując dokładnie tą samą pracę w Płocku co w Leeds zarabiamy sześć razy mniej, albo nie znajdujemy żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi na to, że państwo zabiera nam pieniądze nawet jeśli uczymy się, mamy mniej niż 26 lat i zarabiamy 1300 brutto. Jest też kilka ekstremalnych tematów, za które nie ma jak się zabrać, zawiera się w nich sprawa homoseksualistów i adopcji przez nich dzieci. Jednak i za tym można znaleźć jeszcze gorszy sposób spędzania wspólnej konwersacji. Aborcja.


  Osobiście stoję na stanowisku, że kompromis osiągnięty w tej sprawie jest rzeczą świętą. Polskie prawo w tej kwestii jest jednym z niewielu sukcesów naszego państwa w historii. I nie mam na myśli ostatnich 25 lat, czasów powojennych, II RP czy złotej ery Jagiellonów. Będę zajadle i do końca swoich dni uważać, że obecne rozwiązania są warte o wiele więcej niż większość tak hucznie reklamowanych sukcesów w podręcznikach, czy gazetach razem wziętych. Jest to jedna z niewielu rzeczy jaka naszym politykom wyszła.


  Zamieszanie związane z klauzulą sumienia wprawiło mnie w osłupienie. Zajadłość z jaką prawicowi publicyści bronią tego rozwiązania wzbudza moje najgłębsze obrzydzenie. Pomimo ocieplenia na linii ja - religia (kolejny towarzyski temat mina) to wciąż są relacje, które można określić w najlepszym przypadku jako "letnie". Matka, której w szpitalu nie udzielono żadnej satysfakcjonującej jej informacji jest moim zdaniem ofiarą czystej głupoty, ślepoty i religijnego zacietrzewienia. Bez cienia wątpliwości w tej sprawie popełniono przestępstwo. Zbrodnie nie tylko przeciw prawu, ale i przeciwko świętości jaką jest tzw. kompromis aborcyjny.


Jednak jak to zwykle bywa przez media "głównego nurtu" sprawa została nagłośniona i przedstawiona  tak, że człowiekowi włos jeży się na głowie. A już informacja o tym, iż działacze i zwolennicy Twojego Ruchu stali pod szpitalami ze zdjęciami zdeformowanych płodów przekroczyła granice dobrego smaku z zupełnie innej strony*.


  Przemyślałem sprawę wzdłuż i wszerz. Myślałem dzień i noc (jakieś 15 minut) i uderzyło mnie w jaki sposób rozpoczęto nagonkę na katolików w obronie własnych przywilejów zwłaszcza w obliczu faktu, iż we Francji właśnie wycofano ze stołówkowego menu wieprzowinę (aby nie drażnić wyznawców Allaha), w pewnej duńskiej gminie, gdzie przewagę mają Muzłumanie zrezygnowano z bożonarodzeniowej choinki, a w Niemczech przerobiono kościół na meczet. Dlatego właśnie po raz pewnie około trzy tysięczny pomyślałem sobie "Europo, dokąd zmierzasz?". Opowiastki o tym, jakobyśmy mieli za kilka lat graniczyć z Kalifatem Brandenburgii do tej pory traktowałem jako żart. Dowcip jak ten o niemieckich policjantach, którzy mieli się śmiać zatrzymując kierowcę do kontrolii drogowej "Patrz Ahmed jakie śmieszne nazwisko: Mueller!". Wszystko jednak wskazuje na to, że proces jest już głęboko zaawansowany.


  Z jednej strony kibicuje więc katolikom, jako iż żyjemy na ich ziemii, gdzie oni ustalili reguły, gdzie narodził się współczesny zachodni świat, w którym przyszło nam egzystować. Z drugiej zaś strony wcale nie zmieniło to mojego postrzegania na kwestię aborcji, która w Polsce jest rozwiązana perfekcyjnie. Usuwanie ciąży nie może być przedłużeniem antykoncepcji, a jak z mównicy sejmowej powiedział Korwin-Mikke, zanim jeszcze dotknęło go starcze zniedołężnienie umysłu, słuchając niektórych można dojść do wniosku, że wyskrobano nie tych co trzeba.


  Koniec końców wracamy jednak do punktu wyjścia i okazuje się, że temat aborcji jest dużo bardziej grzązki niż tereny amazońskiej dżungli. A właśnie czy wiedzieliście, że pracownik magazynu Amazona w Wielkiej Brytanii nie może zarabiać mniej niż 5 tysięcy z hakiem? Nikt się chyba nie będzie zakładać, że w Polsce za tą samą robotę będziemy zarabiać kwotę choćby do niej zbliżoną?


*Tak udała się pikieta w Poznaniu

Wednesday, July 30, 2014

Sitzkrieg

Sytuacja na Ukrainie w pewien sposób przerasta wszystkich publicystów. Pełna zwrotów akcji, przez które przewidzenie czegokolwiek na kilka tygodni w przód jest zwyczajnym wróżeniem z fusów. Przecież jeszcze nie dawno Kliczko biegał po Majdanie, a Janukowycz wzywał protestujących do rozejścia się. Podkreślano, że manifestacje mają charakter pokojowy. Nie ma sensu oczywiście powtarzać w tym miejscu tego wszystkiego, czego świadkami byliśmy. Nie oszukujmy się pod wieloma względami dla mojego pokolenia dwudziestoparolatków jest to pierwsza okazja żeby poczuć się w jakiś sposób świadkami historii. Milosevica pamiętam jak przez mgłę, WTC było jednorazową akcją (w dodatku zbyt daleko by móc poczuć bezpośrednie napięcie), natomiast akcja w Gruzji był jednak mimo wszystko dla większości z nas zbyt małym i lekko "peryferyjnym" konfliktem. Nie dla wszystkich jest też oczywiste, że Saakaszwili był prezydentem kraju europejskiego - "Na wschód od Konina Azja się zaczyna".

Publicystom zadania nie ułatwiają jednak zadania przede wszystkim politycy, których konflikt ten przerósł jeszcze bardziej, z wyjątkiem jednego oczywiście - Władymira Putina. On jest póki co wielkim wygranym i to mimo, że karty ma najsłabsze (PKB mniejsze niż niemieckie, niewiele wyższe niż Wielkiej Brytanii czy Włoch). Premier Francji Holland jest postacią skompromitowaną do tego stopnia, że nie zdziwię się jeżeli pewnego dnia jego twarz zastąpi kwiecisty wzorek na powierzchni papieru toaletowego. Neville Chamberlain do kwadratu. Silna pozycja Polski zwłaszcza na wschodzie Unii Europejskiej jest żartem, który w sam raz pasowałby do wychodzącej niegdyś gazetki "Dobry humor" w cenie 50 groszy, ostatnio minister Sikorski odnotował jako sukces, iż, UWAGA, odwołany zostanie rok kultury polskiej w Rosji, trafił w czuły punkt Władymira Putina, który zapewne więcej zmartwień ma z komarem na swojej daczy niż z "boskim Radkiem", jeżeli w ogóle wie o kogo chodzi. Angela Merkel, która tak sprawnie radziła sobie w dyscyplinowaniu Grecji czy zabieraniu Cypryjczykom ich oszczędności rozkłada tylko bezradnie ręce. Jak to mawiam "Już Niemiec z Ruskiem zawsze się jakoś dogadają". Włosi ogłosili, że nie zrezygnują z South Stream, a to w połączeniu z wcześniejszą powtórką paktu Ribentropp-Mołotow po dnie Bałtyku oznacza dla Ukrainy wyrok dużo bardziej niż kolejne 3 obwody w granicach Federacji Rosyjskiej.

Na deser swojej wyliczanki zostawiłem sobie najsmaczniejsze kąski. Nowe władze Ukrainy. Prezydent Poroszenko czyli "dobry oligarcha", którego ulubionym powiedzonkiem jest pewnie "Człowiek nie wielbłąd, wypić musi" i wyglądający jak student z Oxfordu premier (jeszcze do przynajmniej do czwartku) Jaceniuk. Na jego widok Putin mógłby się zapytać "Czy mogę rozmawiać z Twoim szefem?", a Łukaszenko zaproponowałby mu prace w charakterze szofera z szansą na awans. Klasą samą dla siebie pozostali szef unijnej dyplomacji i jej prezydent. Osobiście porzuciłem już nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się zapamiętać ich twarze i nazwiska (Van Rumpy i Ashton? Do zdjęć i funkcji bym nie przypasował). Więcej szacunku czuję do swojej pani z przedszkola. Nawet poseł Girzyński jawi się przy nich jak człowiek z charyzmą.
W panteonie zasłużonych nie może zabraknąć oczywiście Baracka Obamy, który na wieść o aneksji Krymu z pewnością powiedział swojemu asystentowi, że zajmie się sprawą jak tylko skończy grać w kosza, a potem zapomniał o sprawie bo akurat leciał Jerry Springer Show. W tym miejscu z obowiązku wspomnę tylko, że Unia Europejska i pierwszy czarnoskóry prezydent USA byli w ostatnich latach laureatami pokojowej nagrody Nobla. Renata Beger dostała raz tytuł profesora honoris causa - zasługiwała na niego o wiele bardziej niż, którekolwiek z wymienionych wcześniej na swoje wyróżnienia. Franciszek Smuda, człowiek z zasobem słownictwa mniejszym niż 50 słów, bardziej zasługuje na swoje 60 tysięcy złotych miesięcznie. Kiedy Bush Junior był gospodarzem Białego Domu wydawało się, że gorzej już nie będzie. Tymczasem teraz mają tam "afroamerykanina", którego największym sukcesem było kupienie hotdoga czy pizzy - szeroko relacjonowane nawet w polskich mediach.

Czego się jednak spodziewać po intelektualnych elitach zachodu, które wychowały się zaczytane w trakcie studiów w Trockim czy Leninie? Mój profesor opowiedział pewnego razu na wykładzie o tym, że na amerykańskich uniwersytetach młodzi ludzie noszą przy sobie czerwone książeczki Mao i nie - nie miał na myśli przybyszów na wymianie z Chin. Na zachodzie wizja komunizmu wciąż traktowana jest jako kusząca idea, która nigdy nie została zrealizowana, bo zawsze była wypaczana przez jednostki to teraz zbieramy tego owoce. ZSRR wciąż traktuje się jak wyzwoliciela i "tego dobrego" na II WŚ, a nie imperium zła. Wspomniany już Holland zaprosił przecież dwa miesiące temu Putina do Normandii na rocznicowe obchody, a francuski przemysł produkuje broń dla rosyjskiego wojska.

Na mniejszą skalę skompromitował się również inny pokojowy noblista - Lech Wałęsa. Były prezydent powiedział "Mamy do czynienia z wojną! Wojną w starym stylu". Bez zrozumienia, że nie ma wojny w starym stylu czy polityki w starym stylu nie rozwiążemy problemu ukraińskiego. Nie ma polityki XIX czy XX wiecznej, jest polityka skuteczna lub nieskuteczna. Elity świata zachodniego udowodniają cały czas, że nie są zainteresowani rozwiązaniem tego konfliktu. Władymir Putin zapewne zakreśla sobie w zeszycie kreseczki za każdym razem, gdy ktoś mu grozi sankcjami, zresztą jeżeli to robił to pewnie musiał kupić sobie już grubszy kajecik, albo mu się znudziło. Całe to mówienie o jakichkolwiek obostrzeniach jest kompromitacją samą w sobie. Zaczynam powoli obawiać się, że nawet gdyby Kijów był pierwszą ofiarą nuklearnego ataku w XXI wieku to francuskie stocznie dalej produkowałyby okręty dla Rosji, David Cameron wciąż rozpaczliwym głosem wzywałby "Musimy coś zrobić!", a Angela Merkel byłaby światłem rozsądku ze słowami "Trzeba rozmawiać!".

Ile można rozmawiać? Ile można zwołać jeszcze spotkań, podpisać świstków przy których nawet "Strażnica" zaczyna wyglądać poważnie. Putinowi to jest na ręke, pozuje na cywilizowanego człowieka i w tym samym czasie kompromituje wszystkich innych dumnie prezentujących kartkę papieru, dla której musiało umrzeć drzewo. Jak się później nie dziwić, że zaczyna się nam roić od nowej generacji pożytecznych idiotów i sloganów typu "Putin walczy tylko o swoją strefę wpływów", "Trzeba było nie zaczynać".  W Kairze i w Kijowie były rozprowadzane identyczne ulotki tylko w innym języku co ma być dowodem na działanie USA. I zgoda, to oczywiste, że Waszyngton w jakiś sposób wspomógł Majdan. Tylko należy zrozumieć, że tak samo Putin wspierał Janukowicza, później oddziały na Krymie i na wschodzie kraju. W tym momencie poważnie zastanowiłbym się też co może wyrządzić większą krzywdę, ulotka czy wyrzutnia pocisków zdolna strącić samolot lecący na wysokości 10 kilometrów? Nie będę kwestionował tego, że po prawdzie to ten Krym i nieuznawana republika są zamieszkane głównie przez Rosjan. Muszę się jednak przyznać, że w życiu coś tam zdarzyło mi się przeczytać więcej niż Franciszkowi Smudzie. Pamiętam o sytuacji, kiedy w Sudetenlandzie mieszkali Niemcy, podobnie jak w Danzigu. Czy to dawało Hitlerowi prawo do jego roszczeń i dalszych konsekwencji? Tu nie chodzi o to kto ma racje. To nie jest czas na zastawianie się gdzie jest prawda. Bo my sobie możemy tak myśleć jeszcze ze dwa lata, a nasze wnuki będą mówić po rosyjsku. To zwycięzcy piszą historię, nie ci którzy znają objawioną prawdę. Putin musi wiedzieć, że jeżeli jakiś kraj ma takie pragnienie to może sobie iść do Unii Europejskiej, może nawet założyć sojusz wspólnie z Jemenem i Gambią. Na razie Władymir Władymirowicz wie tyle, że może oderwać teren zamieszkany przez 4 miliony ludzi, może bezkarnie okupować obszar wielkości Belgii i zestrzelić samolot z cywilami. Prawie zapomniałbym o najnowszym pakiecie sankcji, który uderza w rosyjską gospodarkę. Teraz to zobaczy!

Lew Trocki powiedział, że naturalną granicą Rosji jest kanał La Manche. Tak już tam mają. Na Syberii też ludzie nie mówili w tym języku co w Moskwie, podobnie jak w latach 1945-89, kiedy strefa wpływów radzieckich sięgała środkowych Niemiec. Historia wcale się nie skończyła. Unia Europejska nie zatrzymała konfliktów na Starym Kontynencie. Niestety niedługo trzeba będzie się obudzić i przestać trwonić czas, pieniądze i energię na takie bzdury jak gender studies, animal studies, debilne performance, przedstawienia teatralne, w których wszyscy chodzą w czarnych obcisłych ubraniach i wygłaszają pozbawione sensu monologi. Po co zastanawiamy się jak zmniejszać emisję CO2, karzemy ludzi za nie wyrzucanie plastikowych butelek do odpowiedniego pojemnika skoro cały świat ma to w gdzieś? Wszyscy mają to w czterech literach. Chiny nic sobie nie robią z tego, USA, mimo rozpoczętej przez Obamę europeizacji i wykładów Ala Gore'a, też ma to głęboko tam gdzie nie dociera już żaden promień słońca. Putin pewnie tylko unosi brwi ze zdziwienia jak ktoś mu mówi co wykłada się dziś na zachodnich uniwersytetach. I tylko my udajemy, że nic się nie dzieje, że nic się nie wydarzy, że po co, że nie warto. "Na tej Ukrainie to masakra! A widziałeś w jakich warunkach przetrzymuje się krowy w Dupowie Małym?", na miłość boską! Są miejsca na świecie, gdzie ludzi traktuje się gorzej niż te krowy. I nie każę nikomu jeździć do Chin i umierać za Tybet (choć prędzej za Tajwan), ale Ukraina jest w bezpośrednim sąsiedztwie Unii Europejskiej i rozgrywa się tam regularna wojna, a jak powiedział Sławomir Sierakowski (!!!) zachodni politycy wciąż używają terminów takich jak "deeskalacja napięcia" czy "niepokoje społeczne". Niepokoje społeczne to są, na jednym biegunie, jak banda muzułmanów podpala najbiedniejsze dzielnice Paryża, a na drugim, kiedy Korwin-Mikke wchodzi do Europarlamentu.

Elity Starego Kontynentu muszą w końcu zrozumieć, że polityka to nie tylko wygrać następne wybory, a wolność nie jest nikomu dana raz na zawsze. Jeżeli UE ma mieć sens to mieszkańcy Madrytu nie mogą zaczynać bronić wolności, kiedy wróg będzie zajmować Pireneje. Nasz los wisi teraz na cieniutkim ukraińskim włosku. Musimy to zrozumieć!