Thursday, February 4, 2010

O Muchach cz. 1

O zespole Muchy słów kilka, no tak... Od czego chciałem zacząć? No właśnie! Notkę miałem napisać dopiero po premierze następnego albumu, ale ostatnia dyskusja na facebooku (o kurwa!) przyspieszyła nieco obrót sytuacji. W pierwszym akapicie muszę zaznaczyć cholernie ważną rzecz. Pewne środowiska, zwłaszcza te kochające Muchy, bo nagrała pierwszą fajną płytę i przy niej całowały się ze swoimi przyszłymi żonami zarzuciły mi, że moja ocena jest nieobiektywna ponieważ jestem do tego zespołu uprzedzony. Otóż zaprzeczam. Przedstawiam materiał dowodowy z last.fm. Poznaniacy zajmują w moim rankingu 17 miejsce z 376 przesłuchaniami. Fakt, że na moim laście to może nie znaczy wiele, ale za chwilę spojrzymy na to z troszkę innej strony! Mam na komputerze jeden album i dwa single, czyli zaokrąglijmy do płyty tylko, dla ułatwienia! Gdyby każdego wykonawce brać przez pryzmat ilość puszczeń / ilość wydawnictw to mamy klarowny i szokujący wniosek. Muchy plasują się na drugim miejscu, zostawiają daleko w tyle nawet Cure, Radiohead czy Interpol. Nie wspomnę o tym, że generalnie mam więcej odsłuchań tych przez, których całe to zamieszanie niż My Bloody Valentine czy The Smiths. Śmieszne? Tylko trochę. Raczej smutne. No i zaznaczę jeszcze, że na koncertach Much byłem chyba tyle samo razy co na tych z udziałem Cool Kids Of Death (moi faworyci), a ani razu nie widziałem niektórych bandów, które cenię sobie bardziej (TCIOF, Renton albo Hatifnats).
O zespole Muchy stało się głośno kilka lat temu, wraz z "legendarną" EPką Galanteria, która faktycznie mogła dawać nadzieję. Chociaż bez przeceniania. Były tam piosenki wyraźnie świetne wybijające się na naszym rodzimym boisku, weźmy na to Jane Fonde. Nie wiem jakim cudem muzycy postanowili jej nie umieścić na płycie - ich tajemnica. Ale były też takie, które pokazywały, że "najlepszy polski zespół bez kontraktu" potrafi odpierdolić jak DJ po pierwszej w nocy - pierwsze z brzegu Nie mów. Ponieważ trzy osoby, z którymi spędzałem wtedy najwięcej czasu i wszystkie niezal portale posikały się po usłyszeniu EPki ja też zawiesiłem nad nią ucho. Przyznaję nie powaliło mnie! Nie poczułem żeby Ziemia się zatrzęsła, bieguny zamieniły miejsca czy iskra zapalna świata przeniosła się z Bałkanów do nas. Ot kawał dobrego popu w polskim wydaniu aż tyle i tylko tyle w perspektywie tego co się rozpętało w internecie.
I przyszedł 19.11.07. Bartek napisał żeby ten dzień zaznaczyć na kolorowo w kalendarzu jako ten, który odmieni scenę muzyczną w Polsce. Miał rację? Nie miał. Otóż wbrew temu co można przeczytać tu i ówdzie debiut Much nie jest wybitny. Muzycznie nie ma tu nic nowego, absolutnie niczego, nowego świeżego czy w jakiś sposób przełomowego. A ja tego mam prawo się spodziewać po "najlepszych bez kontraktu". Nie mówię oczywiście, że muzyka jest kulą u nogi. Bo jest lekka i zwiewna, a i zdarzy się chłopakom dopierdolić niesamowitym hookiem (Najważniejszy dzień). Jest taka jaka powinna być na dobrym krążku. Niektórzy upatrują sukcesu Much w niesamowitych lirykach. No tak teksty są bronią. Tyle tylko, że dla mnie są bronią w niewłaściwych rękach. Nie mówię, że są złe! Teraz przypominamy sobie pierwszy akapit. Jedziemy dalej. Well, well, well... Z tym porównaniem do oręża, to jest tak. Wiraszko potrafi wystrzelić dziesiątkę. Potrafi kurwa jak mało kto w tym kraju pierdolnąć idealny środek tarczy ze stu jardów swoim pieprzonym pistoletem. Tyle tylko, że Wiraszko potrafi też zajebać pudło, a w co gorszych momentach strzelić sobie w stopę. Weźmy piosenkę Galanteria! Jest idealnym przykładem wszystkich wad zespołu Muchy. Skrojona w radiowy garnitur poraża, nuci się i jest wesoło. Rozcinając ją i grzebiąc w jej bebechach dochodzimy jednak do smutnego wniosku, gitarka na początku to najmocniejszy muzycznie moment. Nie ma hooków, a tekst leży i kwiczy. Śpiewanie hasełek do rymu "-eria" to nie jest szczyt lirycznych możliwości, a "Słowa słodkie jak delicje" - mimo swojego uroku w całej cukierkowej otoczce są po prostu infantylne. Z całym szacunkiem dla tych, których lubię, ale tekst do Galanterii jest wielkim zbawieniem dla wszystkich, którzy zarzucają Muchom pseudo inteligentne teksty.
Czas na podsumowanie debiutu? Co on przyniósł? W zasadzie więcej pytań niż odpowiedzi. Owszem Poznaniacy zaczęli pretendować do tytułu najlepszej power popowej, indie rockowej etc. kapeli w Polsce. I będą tam tak długo aż nie przypomnimy sobie o Cool Kids Of Death czy The Car Is On Fire (jeśli użyjemy wspólnych tagów), a nawet ostatnie miejsce na podium nie jest oczywiste. Terroromans nie ma ani jednego tak efekciarskiego i wypełnionego zajebistością kawałka jak Hey Girl Renton czy niczego tak klimatycznego jak Horses From Shellville Hatfinats, chociaż oczywiście drugi argument jest z pizdy, bo Muchy nie miały być kapelą tworzącą niepokojącą atmosferę. Miały być zespołem, który dostarczy funu i będzie się miło nucił. I w tej roli się sprawdził na medal. W tej roli wykonawcy Galanterii się sprawdzili. Tylko, że od zespołu, na który był NAJWIĘKSZY, N A J W I Ę K S Z Y, N - A - J - W - I - Ę - K - S - Z - Y hype w historii polskiego niezalu wymagam troszkę więcej niż tego żeby się przy nim dobrze piło wódkę z przyjaciółmi czy całowało dziewczynę. Serio. Na Terroromansie, nie ma nawet jednej tak ciekawej od kuchni piosenki jak na Lake & Flames. Nie ma ani jednej piosenki, która tak kipiałaby emocjami jak cokolwiek z płyty Lenny Valentino. I w końcu nie ma tu nawet połowy takiej świeżości jak na debiucie Cool Kids Of Death. Zwyczajnie nie ma. I dlatego, nie ma też sensu pierdolenie o ponadpokoleniowej roli Much.
Na tym mógłbym zakończyć swój wywód, ale nie byłbym do końca obiektywny, bo prawdziwe niespodzianki zaczęły się po wydaniu płyty. Otóż bohaterowie dzisiejszego wpisu wprawili mnie w osłupienie tym co zrobili na wysokości wakacji 2008 roku. Dwa premierowe numery Państwa Miasta i Papierowy Księżyc. To był dla mnie mały przełom w stosunku do Much. Z zespołu ciekawego, który jednak nie spełnił pokładanych w nim nadziei stał się zespołem, u którego jednak muszę mieć rękę na pulsie. Czy mamy zatem do czynienia z polskim fenomenem typu Bloc Party? Nie chodzi o poziom oczywiście, ale zauważam pewną analogię. Podobnie jak Polacy, Brytyjczycy najlepsze kawałki mają na singlach - Flux i One More Chance. Bo kto jest w stanie uwierzyć, że Wiraszko i koledzy wrzucą na album jakąkolwiek piosenkę sprzed prawie dwóch lat?
Styczeń 2010 po przerwie od wakacji 08 przyniósł nam znowu premierowe numery zapowiadające kolejny krążek, które są zwyczajnie średnie. Notoryczni debiutanci brzmią jak odrzut z Terroromansu. Nie mówię, że to kawałek ewidentnie słaby, ale w perspektywie tego co zespół robił do tej pory jest po prostu zwyczajny. Nic tu się nie wybija, niczym nie zaskakuję, nie ma nawet liftingu brzmieniowego czy czegoś takiego.Druga piosenka to Przesilenie i ona jest już kiepska, po prostu słaba. Przywodzi mi na myśl nawet rejony około Out Of Tune. Na mojego pecha nie mogę powiedzieć tego wprost - genialny zaśpiew na początku refrenu sprawia, że nie jestem w stanie jednoznacznie postawić krzyżyka na tym numerze.
I co teraz? I nic. Akademickie dyskusje niczego nie zmienią, a odpowiedzi na wszystkie pytania przyniesie nam krążek z premierą w marcu. Zapowiada się słabo? Poczekam. Jak mawia polska "dziennikarka" muzyczna Anna Gacek: Druga płyta jest sprawdzianem dla artysty.

4 comments:

wlozku said...

http://wlozkuzlicealistka.wordpress.com/

Anonymous said...

Yes indeed, in some moments I can bruit about that I acquiesce in with you, but you may be making allowance for other options.
to the article there is stationary a without question as you did in the go over like a lead balloon a fall in love with delivery of this beg www.google.com/ie?as_q=bitdefender total security 11.0.16 ?
I noticed the utter you have not used. Or you use the pitch-dark methods of promotion of the resource. I take a week and do necheg

Unknown said...

http://drdupa.wordpress.com/2010/02/27/pod-pretekstem-comy/

Unknown said...
This comment has been removed by the author.